sobota, 27 grudnia 2014

Terlikowski na wigilię, czyli może dobrze, że zwierzęta nie potrafią czytać

W świątecznym wydaniu Rzeczpospolitej ukazał się artykuł Tomasza Terlikowskiego Zwierzęta, nawet w Wigilię, praw nie mają (dostępny pod adresem internetowym: http://www.rp.pl/artykul/1167095-Zwierzeta--nawet-w-Wigilie--praw-nie-maja.html)
W tekście dzieli się on swoimi refleksjami na temat zwierząt i tego, jak powinny być one traktowane. Spostrzeżeniami wynikającymi jakoby z doktryny chrześcijańskiej.
(Piszę wynikającymi jakoby z doktryny chrześcijańskiej, nie dlatego, aby Terlikowskiego obrazić. Po prostu moja wiedza uniemożliwia mi weryfikację zamieszczonych w tekście stwierdzeń pod kątem ich zgodności z nauką kościoła. Ze względu jednak na fakt, że przemyślenia obecnego szefa Telewizji Republika nierzadko poddawane były krytyce przez księży i teologów, pozwolę sobie nie traktować ich jako dogmatycznych).

Czego z tekstu się dowiedziałem? Po pierwsze tego, że zgodnie z zapisami Księgi Rodzaju zwierzęta nie są równe człowiekowi. W związku z tym nie mają one i nie powinny mieć praw, które człowiek (chrześcijanin) powinien respektować. Oznacza to, że zwierzęta mogą być wykorzystywane chociażby do eksperymentów naukowych. Mogą być także zabijane w taki sposób, jaki dany system religijny przewidział jako najwłaściwszy (ubój rytualny).
Po drugie, że cierpienia zwierząt różnią się od ludzkich, bo pozbawione są (ich cierpienia) samoświadomości i poczucia przyszłości, cech przynależnych istotom ludzkim.
Po trzecie, że uznanie, iż zwierzętom jednak jakieś prawa przysługują i że nie można przekładać interesów ludzi nad interesy innych stworzeń wynika z odrzucenia istnienia Boga, a także wiary w pochodzenia człowieka od Stworzyciela. Ateizm, materializm, ewolucjonizm pozbawione odniesienia do Stwórcy świata czy teistycznej antropologii sprawiają, że człowiek przestaje postrzegać siebie jako kogoś wyższego niż zwierzęta.
Po czwarte, że istnieje związek pomiędzy poszanowaniem praw zwierząt a akceptacją dla wielu różnych rzeczy, typu antykoncepcja, aborcja czy eksperymentów na nienarodzonych istotach ludzkich.
Po piąte, że przyczyn stanu, w którym ludzie przestają patrzeć na świat „antropocentrycznie” (świat i zwierzęta w służbie rodzaju ludzkiego), można szukać w budowanym od XVIII wieku micie przeludnienia i polityce kontroli urodzin. Polityce, która pozbawiła człowieka tak potrzebnych mu relacji z innymi ludźmi. To zaś w konsekwencji skutkuje szukaniem substytutów i przenoszeniem uczuć na zwierzęta.

Czyń ziemię sobie poddaną
Argument o wyższości człowieka nad zwierzętami wywiedziony z biblijnej historii stworzenia mnie nie przekonuje. Z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że zapisy poczynione kilkadziesiąt wieków temu w sposób naturalny stanowią odzwierciedlenie pewnej wizji świata, którą obecnie trudno uznać za aktualną (niezależnie, czy jest to tekst natchniony, czy tylko pewna wizja literacka). A przynajmniej ja jej za aktualną uznać nie potrafię.
Po drugie ponieważ tego typu nastawienie prowadziło, i wciąż prowadzi, do bardzo nieracjonalnego wykorzystywania tego wszystkiego, co Ziemia nam oferuje. A negatywne skutki takiego podejścia coraz częściej odczuwamy także my, ludzie.

Czy to oznacza, że traktuję zwierzęta jako równe człowiekowi? Nie. Niemniej jednak uważam, że powinny one mieć pewne, określone prawa. Prawa ustanowione przez człowieka i przez niego przestrzegane. Zwierzęta jako istoty czujące / myślące zwyczajnie na to zasługują.
Podstawowym prawem czy wymogiem powinno być właściwe ich traktowanie. Takie, które zapewni im określony komfort i / lub ograniczy do minimum ich cierpienie. To ostatnie jest przecież zwyczajnie zbędne.

Oznacza to między innymi uważne przyglądanie się temu, co ze zwierzętami robią naukowcy. Nie może być tak, że w imię nauki dopuszcza się takie bestialstwa jak wiwisekcje, przecinanie strun głosowych, czy powtórne doświadczenia na tych samych zwierzętach (cześć z tych zjawisk dopuszcza najnowsza rządowa ustawa o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,16875476,Przecinanie_strun_glosowych__bol__wielokrotne_eksperymenty_.html) .

Podobnie rzecz ma się w odniesieniu do hodowli przemysłowych. Stłoczone, tuczone, faszerowane antybiotykami i hormonami zwierzęta trafiające po kilku miesiącach do rzeźni a potem na nasze stoły to fatalna reklama kondycji ludzkiej. Chyba, że ktoś podziela starotestamentową wizję „poddaństwa”.

Nie potrafię także podzielić opinii Terlikowskiego odnośnie uboju rytualnego. W religii, która zezwala na bezsensowne cierpienia zwierząt znika dla mnie zwyczajnie dobro. Dlatego przy całym oddaniu dla wolności religii uważam, że ubój rytualny również powinien być zabroniony. Polska zaś pomimo opinii Trybunału Konstytucyjnego (http://wyborcza.pl/1,75478,17106014,TK__Zakaz_uboju_rytualnego_niezgodny_z_konstytucja.html) powinna pozostać w gronie krajów, które ten zakaz wprowadziły i go przestrzegają (http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,15473407,Dania_zakazuje_uboju_rytualnego___Prawa_zwierzat_sa.html#TRrelSST).

Cierpienie zwierząt
Szczerze mówiąc nie wiem jak cierpią zwierzęta. Nie wiem nawet tak naprawdę, jak cierpią inni ludzie. Mogę to sobie jedynie wyobrażać bazując na własnych doświadczeniach.
Dlatego nie przemawia do mnie argument, że zwierzęta cierpią inaczej / mniej, bo nie mają samoświadomości, tudzież wizji przyszłości. Zwłaszcza, że niektóre gatunki zwierząt jakąś formę samoświadomości przecież posiadają. Dowodzi tego chociażby pozytywne "zaliczenie" przez nie testu lustra (http://www.eduscience.pl/artyku%C5%82y/niewiele-gatunk%C3%B3w-zwierz%C4%85t-zda%C5%82o-tzw-test-lustra). 

Zgoda na przyznanie praw zwierząt = odrzucenie Boga
Kolejna teza Terlikowskiego, z którą mam poważny problem. Znam przecież wiele osób, wierzących, które jednocześnie uważają, że człowiek powinien uwzględniać w swoich poczynaniach dobro innych stworzeń. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od zwierząt ma możliwość, aby to czynić.
Co więcej – ośmielę się stwierdzić – że w tym właśnie elemencie wiele z tych osób dostrzega przejaw swojej religijności. Postawy, która wiąże się dla nich z właściwym traktowaniem zarówno ludzi jak i zwierząt.

Prawa zwierząt kontra prawa ludzkie
Wywód Terlikowskiego odnośnie związku pomiędzy dbałością o przestrzeganie praw zwierząt a nadużyciami wobec ludzi wydaje mi się zwyczajnie nieuzasadniony. Nie ma w nim żadnych dowodów, poza emocjonalnymi sformułowaniami Nowymi „królikami doświadczalnymi", które zastąpiłyby myszy, szczury czy właśnie króliki, mieliby się stać ludzie na wczesnym etapie rozwoju, nazywani czasem dla niepoznaki zarodkami czy płodami.
Trudno zatem traktować go poważnie.  Co oczywiście nie oznacza, że nie ma osób, które tego typu rozwiązań by nie zaakceptowały. Podejrzewam jednak, że stanowią one zdecydowany margines.

"Mit" przeludnienia
Rzeczywiście wielu ekologów zabiega o to, aby w społeczeństwie wzrastała świadomość skutków, jakie dla świata niesie niekontrolowany przyrost naturalny. Zwłaszcza, że Ziemia nie jest  planetą o nieograniczonym potencjale (http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Alad_ekologiczny). I warto o tym pamiętać, chociażby po to, aby zmieniać metody w jaki ludzkość zasoby naturalne eksploatuje / wykorzystuje.
Czy jednak rzeczywiście ten "mit" przeludnienia oraz polityka ograniczania przyrostu naturalnego (polityka kontroli urodzin) stoją u podstaw odejścia ludzkości od wizji „antropocentrycznej”. Myślę, że to bardzo uproszczona diagnoza.




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bloger zły, łatwy język i świat newsów w TV Max

Kilka dni temu, podczas dziesiątej, jubileuszowej konferencji Studenckiego Koła Naukowego Futura, jedna z zaproszonych prelegentek, dziennikarka lokalnej stacji telewizyjnej wygłosiła trzy - w moim przekonaniu - dość kontrowersyjne opinie. Dwie z nich dotyczyły języka, czyli materii, której spotkanie w całości dotyczyło. Trzecia odnosiła się do konstrukcji przekazu informacyjnego, określanego pojęciem newsa.
Poniżej pozwoliłem sobie na krótkie odniesienie do każdego z tych stwierdzeń. Zwyczajnie na to zasługują.

Dobry dziennikarz – zły bloger
Dziennikarka ewidentnie nie lubi świata blogerów. Po raz kolejny bowiem wyraziła swoją negatywną ocenę o tym fenomenie. O ile jednak w swoim poprzednim wystąpieniu (podczas IV Ogólnopolskiej Konferencji Media – Komunikacja – Edukacja) podważała profesjonalizm blogerów (więcej o tym: http://www.blog.mediafun.pl/koszalin-media-komunikacja-edukacja-trwa-konferencja-na-goraco/), tym razem zakwestionowała ich prawo do bycia wzorcem w obszarze języka.

Mówiąc szczerze, że nie bardzo potrafię zrozumieć tą niechęć dziennikarki do blogosfery. Mam także kłopot z akceptacją jej z taką pewnością wygłaszanych stwierdzeń. Przede wszystkim ze względu na fakt, że znam przynajmniej kilka blogów, które uważam za warte przynajmniej śledzenia. Zamieszczane tam teksty są aktualne, refleksje pogłębione, przemyślenia mądre. A co ważniejsze – opublikowane tam artykuły nierzadko znaczenie wykraczają poziomem ponad ten, który można dostrzec w różnego typu tradycyjnych mediach. Także w warstwie językowej.

Warto także zauważyć, że istnieją blogi prowadzone przez specjalistów w dziedzinie języka. Jeden z nich należy chociażby do prof. Jerzego Bralczyka (http://jerzybralczyk.bloog.pl/). Celem tego typu blogów jest przede wszystkim podnoszenie kompetencji językowych Polaków. I patrząc na reakcje, jakie u czytelników wywołują, spokojnie można stwierdzić, że rolę tę wypełniają znakomicie.

Oczywiście to co powyżej napisałem nie oznacza, że nie ma złych, nieciekawych czy nudnych blogów. Jest ich wiele. Być może nawet stanowią większość. Nie znaczy to jednak, że z tego powodu można pozwolić sobie na deprecjonowanie całości zjawiska.

Ocena trudności języka polskiego
Zdaniem dziennikarki nasz rodzimy język jest językiem łatwym (a przynajmniej takie stwierdzenie w jej wypowiedzi się pojawiło). Nie ukrywam, że nieco mnie ta ocena zaskoczyła. Zawsze wydawało mi się, że nasz język ze względu na swoją gramatykę należy raczej do grupy tych trudniejszych. O ile oczywiście w ogóle można stworzyć ranking języków trudnych i łatwych (http://swiatjezykow.blogspot.com/2011/04/najtrudniejszy-jezyk-swiata.html).

W kontekście opinii dziennikarki interesująca wydaje się informacja o tym, że kilka lat temu jeden z blogerów (Mark Biernat) uznał język polski za najtrudniejszy do opanowania przez obcokrajowców. Według niego jednym z dowodów na poparcie tej tezy jest fakt, że o ile przeciętny Anglik uzyskuje biegłość (płynność) w posługiwaniu się swoim rodowitym językiem w wieku dwunastu lat, przeciętny Polak potrzebuje na to cztery lata więcej (patrz: http://claritaslux.com/blog/the-hardest-language-to-learn/).

Oczywiście opinia blogera wywołała ostrą dyskusję i miała wielu krytyków. Przykładowo na stronie internetowej natemat.pl można przeczytać tekst Michała Fala, w którym poddaje on w wątpliwość teorię Biernata (http://natemat.pl/76329,polski-najtrudniejszym-jezykiem-swiata-bez-przesady-ale-latwo-nie-jest-pytamy-lektorow-pracujacych-z-obcokrajowcami). 
W artykule przytacza on przede wszystkim wypowiedzi uczących obcokrajowców lektorów języka polskiego. Żaden z nich nie określił języka polskiego mianem najtrudniejszego. Jednocześnie żaden z nich nie stwierdził, iż należy on do języków łatwych. Prawdopodobnie dlatego, że mają oni pełną świadomość trudności, jakie jego nauka sprawia cudzoziemcom. Świadomość, która rodzimym jego użytkownikom może czasem gdzieś zwyczajnie umykać.

News w TVN kontra news w TV MAX
Poza kwestią opinii o blogerach i języku jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, co prelegentka powiedziała podczas dyskusji zamykającej konferencję. Mianowicie stwierdziła, że choć pracowała w telewizji TVN to prawdziwe newsy nauczyła się robić dopiero w Telewizji Kablowej Max. Dodała także, że ta ogólnopolska stacja zyskałaby, gdyby w tej materii naśladowała koszalińską stację telewizyjną.

W moim odczuciu jest to bardzo odważna teza, niestety nie poparta żadnym sensownym argumentem. Trudno przecież za taki argument traktować długość czasu, który jakiemuś tematowi dana stacja gotowa jest poświęcić. Czas bowiem w przypadku newsu ma znaczenie, ale nie tyle w aspekcie długości prezentowanego materiału, co przede wszystkim jego aktualności i szybkości upublicznienia (według Andrew Boyda news jest doniesieniem, z tego, co się dzieje teraz).  A w tej materii ogólnopolska stacja jednak zdecydowanie góruje nad lokalną telewizją kablową.

Zresztą jeżeli przeanalizujemy także inne wyznaczniki newsów, czyli chociażby aspekt wywoływania przez nie rezonansu społecznego to trudno mówić o tym, aby Telewizja Max była konkurentem dla TVN. Nawet przy uwzględnieniu różnicy skali. Podobnie zresztą w kwestii atrakcyjności przekazu, czy przyciągania uwagi odbiorców.


Można oczywiście zastanawiać się na ile wzorce zarządzanej przez Markusa Tellenbacha telewizji są najwłaściwsze i najbardziej godne naśladowania (infotainment). To samo jednak pytanie można odnieść do tak wychwalanej przez prelegentkę stacji. 

piątek, 19 grudnia 2014

Koszalin oczami studentów. Cześć III. Koszalin pełnia życia?

Miasta, regiony czy kraje funkcjonują na rynku analogiczne jak marki komercyjne. Starają się wyróżnić i przekonywać do siebie potencjalnych mieszkańców, inwestorów czy turystów. Jeżeli tego nie robią to ich inercja jest bezwzględnie wykorzystywana przez konkurencję. Ostatecznie walka toczy się o wysoką stawkę.

Obecnie jednym z elementów stosowanych przy tego typu współzawodnictwie jest hasło promocyjne. Slogan, który pozwala na skuteczne pozycjonowanie nazwy jednostki, budując w umyśle odbiorcy właściwe z nią skojarzenia. Proces analogiczny do tego, jaki odbywa się w przypadku produktów z innych branż.

Uniwersalnego przepisu na tworzenie hasła promocyjnego jednostek terytorialnych w zasadzie nie ma. Przyjmuje się jednak, że powinno ono być krótkie, maksymalnie trzy- lub czterowyrazowe (Klimatyczny Kołobrzeg; Ełk. Tu wracam; Świnoujście. Kraina 44 wysp). Dłuższe wymaga od odbiorcy większego wysiłku, a w przekazie reklamowym stawia się raczej na łatwość i szybkość przetwarzania informacji. Stąd hasła Radomska (Radomsko – otwarte miasto od 1266 roku), czy Kalisza (Kalisz – młode duchem najstarsze miasto w Polsce) trudno uznać za udane. 
(Nie znaczy to oczywiście, że nie ma dobrych dłuższych sloganów. Takim jest chociażby hasło turystyczne Malborka <<Malbork – jeden dzień to za mało!>> podkreślające powody, dla którego warto na dłużej zatrzymać się w tej miejscowości).

Hasło promocyjne powinno odzwierciedlać to, czym dana jednostka jest (Sopot - Kurort pełen życia), lub to, z czym chciałaby być kojarzona (Lublin. Miasto inspiracji; Międzyzdroje miasto gwiazd!). Powinno także budzić pozytywne emocje u odbiorcy (Magiczny Kraków; Gdynia – Moje miasto!).
W celu zaś zapewnienia silniejszego efektu różnicującego może w nim „uchwycić” jakiś atrybut, który wyróżnia daną jednostkę i czyni ją jedyną w swoim rodzaju (coś na kształt tzw. unikatowego twierdzenia sprzedażowego). Przykładem takiego rozwiązania może być chociażby slogan Zakopanego (Zakopane - najbliżej Tatr), czy Karpacza (Karpacz - miasto pod Śnieżką).

Koszalin od 2009 roku pozycjonuje się hasłem Koszalin pełnia życia. Slogan ciekawy, ale nigdy nie poddany szczegółowej analizie czy weryfikacji. Stąd też w ankiecie przeprowadzonej przeze mnie na grupie stu studentów Politechniki Koszalińskiej znalazło się pytanie: Czy hasło Koszalin pełnia życia oddaje istotę / charakter miasta? Uznałem bowiem, że ciekawe będzie skonfrontowanie wypływającej z hasła wizji miasta z oceną dokonaną przez przedstawicieli jednej z ważniejszych dla jego funkcjonowania grup społecznych. Konfrontacji dokonanej po pięciu latach używania sloganu w działaniach promocyjnych Koszalina.

Osoby poddane ankietyzacji miały do wyboru pięć odpowiedzi: a. zgadzam się, b. raczej się zgadzam, c. nie potrafię powiedzieć, d. raczej się nie zgadzam, e. nie zgadzam się.
Spośród dziewięćdziesięciu dziewięciu osób, które udzieliły na to pytanie odpowiedzi pięć wybrało odpowiedź „a”. Dziewiętnaście opowiedziało się za odpowiedzią „b”. Dwadzieścia osiem osób zakreśliło odpowiedź „c”. Trzydzieści cztery osoby wybrały odpowiedź „d”, a trzynaście odpowiedź „e”. Przy czym dwie osoby z tych, które zakreśliły odpowiedź negatywną pozwoliły sobie na dodatkowy komentarz. Pierwsza napisała, że Koszalin nie kojarzy mi się z pełnia życia wręcz przeciwnie. Druga wzmocniła swój wybór słowem absolutnie ze znakiem wykrzyknika.

Ankieta przyniosła zatem dość niepokojące wyniki. Na kilka miesięcy przed końcem obowiązywania strategii promocji miasta Koszalina zaledwie pięć procent z setki przebadanych studentów zgodziło się z tym, że jej hasło oddaje istotę / charakter miasta. I nawet gdy do tej grupy dodamy tych, którzy raczej się zgodzili na jego adekwatność, to i tak liczba ta wciąż nie przekracza nawet dwudziestu pięciu procent.

O czym to może świadczyć? W moim przekonaniu jedynie o dwóch rzeczach, czy ewentualnościach. Pierwsza to nieumiejętne wprowadzanie samego hasła. Inaczej mówiąc błędy na etapie realizacji strategii. Druga to niezgodność hasła z rzeczywistością, lub zbyt duży rozdźwięk pomiędzy treścią, które slogan miał zakomunikować a rzeczywistością, do której się odnosił.

Gdybym miał z tych dwóch opcji wybrać bardziej prawdopodobną, czy zgodną z prawdą, to zdecydowanie bardziej skłaniałbym się do hipotezy o niezgodności pomiędzy treścią hasła a rzeczywistością, do której się odnosi. Aby jednak móc to z cała pewnością stwierdzić powinny zostać przeprowadzone znacznie bardziej rozbudowane badania.   

środa, 17 grudnia 2014

Koszalin oczami studentów. Cześć II. Miasto studenckie?

W dyskusjach odnośnie Koszalina nierzadko pojawia się kontekst miasta studenckiego. Według niektórych miasto wpisuje się w te kategorię. Ich argumentacja najczęściej sprowadza się jednak do aspektu ilościowego. Dowodzą, że skoro liczba żaków w mieście przekracza dziesięć procent jego mieszkańców to zasadne jest mówienie o mieście studenckim. Z kolei przeciwnicy takiego klasyfikowania Koszalina uważają, że w tym kontekście liczby nie mają żadnego znaczenia. Dla nich ważne są inne aspekty. Przede wszystkim te związane z kulturą studencką. A tej – jak dowodzą – w Koszalinie praktycznie nie ma.

W rozmowach z różnymi ludźmi, które na ten temat przeprowadziłem dostrzegłem pewną prawidłowość. Osoby, które studiują lub studiowały w Koszalinie częściej postrzegały miasto właśnie przez pryzmat tej kategorii. Z kolei te uczące się (teraz lub w przeszłości) w dużych ośrodkach akademickich, takich jak Poznań, Wrocław czy Kraków raczej z tezą o studenckim charakterze miasta przynajmniej polemizowały.

W moim przekonaniu ta różnica opinii może wynikać z kilku przyczyn. Pierwsza to brak porównania. I mówię tu bardziej o osobach studiujących w Koszalinie, niż tych uczących się w dużych ośrodkach akademickich. Ci przecież najczęściej poznali obie rzeczywistości. Druga przyczyna to pewne wykrzywienie perspektywy związane z przebywaniem w określonym środowisku. (Fakt przebywania w grupie studenckiej musi w jakimś stopniu determinować postrzeganie otaczającej rzeczywistości jako studenckiej właśnie). Trzecia to pewna nobliwość kategorii „miasto studenckie”, mogąca sprawiać, że niektóre osoby chciałyby się w tym kręgu umieścić, lub też w tym kręgu chciałyby widzieć swoją przeszłość / młodość.

Sami przebadani przeze mnie studenci byli w tej kwestii podzieleni. Na pytanie czy Koszalin jest miastem studenckim pięćdziesięciu trzech z nich odpowiedziało, że tak. Trzydziestu siedmiu dało negatywną odpowiedź. Pozostałe dziesięć osób uznało, że „nie potrafi powiedzieć”. Mamy zatem pewną nieznaczna przewagę opinii potwierdzających studencki charakter miasta. 

Podobny wynik (ponad pięćdziesiąt procent odpowiedzi twierdzących) dała analiza odpowiedzi uwzględniająca pochodzenie respondentów. 
Spośród czterdziestu jeden osób z Koszalina dwadzieścia dwie oceniło swoje miasto jako studenckie (ponad 50%). Czternaście było przeciwnego zdania a pięć nie potrafiło wiążąco odpowiedzieć.  Spośród pięćdziesięciu ośmiu osób pochodzących z innych miejscowości trzydzieści uznało miasto za akademickie (także ponad 50%). Dwadzieścia trzy z tą opinią się nie zgodziło. Pozostałe pięć nie potrafiło w tej kwestii dokonać wyboru. (Jedna z osób, która „optowała” za Koszalinem jako miastem studenckim nie wypełniła metryczki stąd wynik nie sumuje się do stu).

Czy wyniki te świadczą zatem o tym, że Koszalin rzeczywiście jest miastem studenckim? (Przynajmniej w oczach samych studentów). Trudno odpowiedzieć. I to niezależnie od tego na ile reprezentatywna, czy raczej niereprezentatywna była przebadana grupa. 

środa, 10 grudnia 2014

A propos pewnego ciasteczka

Właśnie jestem po lekturze artykułu Joanny Krężelewskiej dotyczącego nowego Pomorskiego Produktu Markowego – ciasteczka o nazwie Jantarek (http://www.gk24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20141209/TURYSTYCZNEPERLYPOMORZA1103/141209566, 9.12.2014). 
W założeniu pomysłodawców produkt ten ma się stać słodkim symbolem miasta. Podobnie jak ma się rzecz z toruńskimi piernikami, wadowickimi kremówkami, czy poznańskim rogalem świętomarcińskim.
Mamy zatem do czynienia z projektem niezwykle ambitnym. Stworzenie marki cukierniczej, która rozsławiać będzie Koszalin. Czy jest na to szansa? Trudno w tym momencie na to pytanie wiążąco odpowiedzieć. Pozwolę sobie jednak pozostać sceptyczny wobec tak szeroko zakrojonych planów. Poniżej zaś wyjaśniam dlaczego.

Jantarek w świecie cukierniczych marek
Plany wobec Jantarka są poważne. Świadczy o tym najlepiej kontekst w jakim się go umieszcza. Oto przecież nieznany, przez niewielu spróbowany produkt już na starcie zestawiany jest z trzema potężnymi markami. Dwie z nich (pierniki toruńskie i rogal świętomarciński) siłę swoją czerpią z wieloletniej, czy nawet – jak w przypadku wyrobu toruńskich cukierników – wielowiekowej tradycji. Trzecia zaś zawdzięcza swoją sławę przede wszystkim papieżowi Janowi Pawłowi II. Za Janarkiem w tym zestawieniu nie przemawia praktycznie nic. Poza wyrażanymi wprost ambicjami jego twórców. Chcemy, by tak jak poznaniacy na świętego Marcina zajadają się rogalami, tak koszalinianie 24 czerwca, w imieniny patrona miasta, świętego Jana, kosztowali właśnie Jantarki - mówi Grzegorz Kruk. - Chcemy, by goście z innych miast wiedzieli o Jantarku i na Jantarka również przyjeżdżali.
Niestety ambicje, choć ważne, nie gwarantują jeszcze sukcesu. Zwłaszcza w czasach tak wysokokonkurencyjnych i złożonych jak obecne. Z tego też powodu korzystniejsze dla produktu byłoby – przynajmniej na początku – umieszczanie go w nieco bardziej adekwatnym towarzystwie. I przede wszystkim skupieniu się na przekonaniu do niego koszalinian – potencjalnych ambasadorów marki. Inaczej sztucznie nadmuchany balon szybko pęknie. A w momencie, gdy tak się stanie, żadne działanie marketingowe nie zdoła reanimować konającego w bólach brandu. Nawet jeżeli tkwił w nim pewien potencjał.

Duch regionu
Ciastko – jak z artykułu wynika – zostało wpisane w całą linię produktów, które mają swój znak i tożsamość, indywidualny charakter i jednocześnie oddają ducha regionu (pogrubienie – P.S.).
Aby jednak jakikolwiek produkt mógł oddawać ducha regionu, ten powinien zostać wcześniej przynajmniej dookreślony. Tu, odnoszę wrażenie, niczego takiego nie przeprowadzono. Na facebookowym profilu Pomorskiego Produktu Markowego także żadnych informacji na ten temat nie sposób znaleźć. No może poza dość ogólnymi spostrzeżeniami we wpisie z dnia 12 marca br. Czytamy w nim m.in.:  Markowy Produkt Pomorski to gwarancja nie tylko jakości, ale i osadzenia przedmiotu w historii i tradycji regionu, z całym bogactwem jego zasobów pod każdym niemal względem. Dzięki unikatowemu wzornictwu, opartemu o oryginalne wytwory myśli i rąk dawnych mieszkańców Pomorza, połączonemu z nowoczesną technologią wytwarzania, otrzymują Państwo estetyczne i niespotykane uzupełnienie wspomnień. Jest to zarazem produkt klasy premium, podkreślający indywidualny charakter i ducha regionu. (pogrubienie – P.S.). 
Można zatem uznać, że w tym konkretnym przypadku przywołanie ducha regionu stanowi raczej element strategii promocyjnej produktu, a nie aspektu go tworzącego, czy współtworzącego. Oznacza to odwrócenie sygnalizowanej relacji.  

Storytelling i wiarygodność przekazu
Z artykułu wynika, że jedną z metod wprowadzania na rynek Jantarka będzie prawdopodobnie storytelling. Rozwiązanie ciekawe i nierzadko skuteczne. Gwarantem powodzenia tej techniki jest jednak spójność i wiarygodność przekazu. W wypowiedzi jednej z osób współpracujących przy produkcie tego czynnika zabrakło: Inspiracją do stworzenia Jantarka była starodawna receptura, spisana przez siostry Cysterki, a odnaleziona podczas wykopalisk... - mówi Małgorzata Chodkowska, współwłaścicielka Drzewiańskiej i zaraz ze śmiechem dodaje: - To jest wersja z przymrużeniem oka! (Pogrubienie – P.S. )To będzie element pewnej opowieści, legendy, której wydanie będzie towarzyszyć wejściu Jantarka na rynek. 
Czytając te słowa miałem przed oczami „lekko” zmodyfikowaną reklamę paluszków Lajkonik, w której jednej z kolejnych legendarnych opowieści dodaje się wyjaśnienie: to wersja z przymrużeniem oka! Dotychczas producent nie wpadł jednak na taki pomysł. Podobnie postępują inni sprzedawcy (choć są oczywiście pewne wyjątki). 
Czy robią tak dlatego, że uważają, że nas do swojej „historii” przekonali? Nie. Postępują tak ponieważ wiedzą, że w przypadku opowieści narracyjnych, zwłaszcza legend, baśni czy mitów, najważniejsza jest pewna niepisana umowa zawarta między nadawcą a odbiorcą. 
Umowa, która sprawia, że w procesie odbioru przedstawionej opowieści jej prawdziwość czy fikcyjność ma niewielkie znaczenie. Liczy się rzeczywistość, którą przywołuje i emocje, które wyzwala. I tej umowy nie należy podważać.

sobota, 6 grudnia 2014

Spoty wyborcze kandydatów na urząd prezydenta miasta Koszalina. Cześć II.

3. Spot Sojuszu Lewicy Demokratycznej (link do spotu: https://www.youtube.com/watch?v=Ww4c8wtcy88)

Na potrzeby kampanii prezydenckiej Adama Ostaszewskiego nie stworzono osobnej reklamy. Rolę tą musiał zatem przejąć spot ugrupowania (stąd ten właśnie materiał obejrzeli, np. uczestnicy debaty Ostaszewski – Jedliński). 
Sama reklama bez większych wad. Pojawiające się w nim postacie – jedynki na listach wyborczych SLD – przekonująco przedstawiają najważniejsze elementy programu wyborczego partii. Kandydaci i kandydatki prezentują się, poza Mieczysławem Załuskim, jako osoby zdecydowane, silne, dynamiczne. Takie, na które warto oddać głos. 
Pozytywny efekt tworzony przez postacie i ich wypowiedzi psuje nadmiar plansz informacyjnych, utrudniających wybór tego, na czym należy się skupić (zwłaszcza w ujęciu z Adamem Ostaszewskim). Jest to jednak ewidentnie konsekwencja rozszerzonej funkcji tej reklamy. 
W reklamie sympatyczny moment, kiedy to mała dziewczynka, najwyraźniej speszona faktem bycia nagrywaną zasłania dłonią oczy.

4. Czas na zmiany – spot Anny Mętlewicz (link do spotu: https://www.youtube.com/watch?v=wgUg0mMP4WM)

Wyborcza reklama kandydatki Prawa i Sprawiedliwości utrzymana jest w konwencji telewizyjnego materiału interwencyjnego. Podkreśla to szczególnie początek i koniec spotu. 

W pierwszym ujęciu widzimy Annę Mętlewicz na tle zaniedbanych budynków, leżących – jak  słyszymy z off’u – w samym sercu Koszalina. Na dole ekranu znajduje się napis: Anna Mętlewicz – kandydatka na Prezydenta Koszalina. W prawym górnym rogu ekranu logotyp popierającej ją partii i zdjęcie kandydatki (o tym zdjęciu za chwilę). Następnie kamera pokazuje kolejne dotknięte degradacją przestrzenie miasta. Tym obrazom towarzyszy muzyka oraz głos kandydatki W takich warunkach mieszkają ludzie. Padają słowa: Prezydent Jedliński twierdzi, ze kocha Koszalin. Po nich zaś słyszymy pytanie Ale czy taki Koszalin również kocha? I odpowiedź kandydatki: Nie, nie kocha. Bo jest biedny, brzydki i zaniedbany. To Koszalin kategorii B. Ostatnie sekundy spotu pokazują Annę Mętlewicz w tym samym miejscu, w którym widzieliśmy ją w pierwszym ujęciu (klamra). Wypowiada ona słowa: Czas na zrównoważony rozwój Koszalina. Czas na zmiany. Anna Mętlewicz. W chwili kiedy wypowiada ona słowa czas na zmiany na ekranie pojawia się napis z jej hasłem wyborczym: Anna Mętlewicz Prezydent blisko ludzi.

Widać zatem wyraźnie kopiowanie telewizyjnego wzorca. Problem w tym, że to, co broni się jako zwiastun materiału interwencyjnego, niekoniecznie jest najlepszym rozwiązaniem w przypadku reklamy wyborczej. Zwłaszcza, że w telewizji po takiej zapowiedzi pojawia się wkrótce całość materiału. Po tej reklamie nic takiego nie nastąpiło. Mamy za to stwierdzenia o: czasie na zrównoważony rozwój i czasie na zmiany. Nie dowiadujemy się jednak, na czym te zmiany i rozwój miałyby polegać. Trudno zatem uznać te słowa za chociażby deklaracje. Być może byłoby inaczej, gdyby reklama odsyłała przynajmniej do strony internetowej kandydatki.

Dodatkowo zastosowanie konwencji telewizyjnego materiału interwencyjnego sprawia, że na Annę Mętlewicz patrzy się nie jak na kandydatkę na urząd prezydenta miasta, lecz jak na osobę przynależną do świata mediów. Pojawiające się w reklamie napisy tego odczucia nie usuwają.

Warto zwrócić też uwagę na wspomniane już zdjęcie Anny Mętlewicz. W materiale poważnym, który ma wprawiać odbiorcę w stan pewnego niepokoju umieszczono wizerunek… uśmiechającej się kandydatki. Na pewno nie wypłynęło to najlepiej na spójność przekazu.

Kwestię znaczenia i konstrukcji pytań retorycznych pozwolę sobie przemilczeć.


czwartek, 4 grudnia 2014

Spoty wyborcze kandydatów na urząd prezydenta miasta Koszalina. Cześć I.

Wczoraj ze studentami trzeciego roku specjalności Reklama medialna oglądałem spoty czwórki kandydatów ubiegających się o stanowisko prezydenta miasta Koszalina (czy raczej trzy spoty kandydatów i jeden spot ugrupowania, które swojego kandydata na urząd prezydenta wystawiło). Generalnie byliśmy zgodni, który spot jest najlepszy. Gorzej było z wyznaczeniem tego najgorszego. Nasze zdania w tej materii były wybitnie podzielone. Te reklamy, które odstręczały jednych, dla innych były przynajmniej do zaakceptowania, i nierzadko odwrotnie.

Dzisiaj skonfrontowałem te opinie z ocenami ich kolegów i koleżanek z roku drugiego tej samej specjalności. Tu zdania były jeszcze bardziej podzielone. Przede wszystkim nie było jednego, wyraźnego lidera. Za najlepszy spot została choć raz uznana każda z reklam. Analogicznie było przy wyborze tej najsłabszej. Czynniki, które o tym przypadku decydowały były różne. Często nie do końca merytoryczne, jak na przykład sympatia czy antypatia odczuwana do danego kandydata, czy organizacji, którą reprezentuje. Trudno jednak w odbiorze reklam nagle zawiesić wszystkie sądy, czy emocje. Niektóre spostrzeżenia studentów były jednak naprawdę interesujące, świadczące o sporej wiedzy i świadomości odnośnie reklamowej materii.

Poniżej moja subiektywna ocena dwóch spotów wyborczych – Piotra Jedlińskiego i Artura Wezgraja. Spostrzeżenia odnośnie reklam przygotowanych dla kandydatów Sojuszu Lewicy Demokratycznej i kandydatki Prawa i Sprawiedliwości zamieszczę w kolejnym wpisie.

1. Kocham Koszalin – spot Piotra Jedlińskiego (link do spotu: https://www.youtube.com/watch?v=wApUyUQqV-Q)

W moim przekonaniu najlepszy spot tej kampanii. Bardzo dobre zdjęcia. Prosta, współgrająca z obrazem ścieżka muzyczna. Świetny dobór sfotografowanych miejsc, z których te plenerowe – co warto podkreślić – zostały prawdopodobnie uwiecznione w okresie późnego lata / wczesnej jesieni. Dzięki temu pozytywnie odróżniały się od późnojesiennych widoków z pozostałych spotów, korzystnie wpływając na odbiór całości materiału. Podobnie zresztą jak opalona, wypoczęta twarz kandydata. 

W reklamie trzy potknięcia. Pierwsze to zbyt mocne doświetlenie twarzy prezydenta w pierwszej części spotu (na ten fakt zwróciła uwagę Aleksandra Ciemoszewska, studentka drugiego roku Reklamy medialnej). Sprawia to, że światło odbija się wyraźnie na jego czole. Wymusza także zmrużenie oczu oraz widoczne skurcze mięśni lewej brwi. Drugie potknięcie to rowerzyści wjeżdżający w kadr przy zdjęciach fontanny w Parku Książąt Pomorskich (9-12 sekunda spotu). Ich zbyt bliska odległość od kamery sprawia, że odbiera się ich jak intruzów, którzy nagle weszli w pole widzenia. Trzecie dotyczy zbyt słabego zaakcentowania przez prezydenta tego, do czego spot w końcu miał nakłaniać. W ostatnich sekundach spotu słyszymy bowiem wypowiadane przez niego z off’u słowa Jeżeli zależy wam na dalszym rozwoju miasta oddajcie swój głos. Piotr Jedliński. Brakuje zatem wskazania, że to właśnie na niego powinni oddać głos ci, którym zależy na rozwoju Koszalina (oddajcie na mnie swój głos).

Analizując ten spot zastanawiałem się również nad tym, czy jego twórcy podczas nagrywania wypowiedzi prezydenta nie powinni użyć mikrofonu na tyczce (shotgun), zamiast mikrofonu typu krawatowego. Widok wpiętego w klapę instrumentarium służącego do rejestrowania głosu burzy u odbiorcy poczucie naturalności.    

2.      Lepszy Koszalin – spot Artura Wezgraja (link do spotu: https://www.youtube.com/watch?v=MHH1uhoQY1o)

Spot lidera Stowarzyszenia Lepszy Koszalin budzi u mnie mieszane emocje. Wykonany poprawnie, lecz wyzuty z emocji. Oto kandydat na prezydenta miasta dzieli się swoimi przemyśleniami na temat Koszalina: Miasto jest na złej drodze. Wszyscy odczuwamy jak wzrosły w ostatnich latach koszty codziennego życia. W czasie, kiedy padają te słowa widzimy go:
a.       siedzącego  przy biurku i piszącego piórem na kartce słowo Koszalin (słowo to zostaje następnie przez niego podkreślone, co – jak rozumiem – ma konotować ważność), 
b.      obserwującego miasto przez okno swojego biura.

Później kandydat – wciąż głosem z off’u – przedstawia nam swoją ofertę: Zwrócimy z tej drogi i skierujemy się na nowy cel. (Kiedy słyszymy te słowa Artur Wezgraj stoi przed budynkiem koszalińskiej Hali Widowiskowo-Sportowej o krok przez pozostałą czwórką liderów wyborczych list Lepszego Koszalina. Do tych postaci dołączają inne osoby, z wpiętymi w ubrania znaczkami stowarzyszenia. Wciąż jednak pozostają one za liderem i za pozostającymi za nim „jedynkami”). Celem tym są niższe o 500 zł w skali miesiąca wydatki każdej rodziny, stan możliwy do osiągnięcia w ciągu najbliższych kilku lat. 

Następnie w spocie, w którym poza ujęciami kandydata dominują obrazy budynków i ulic Artur Wezgraj (ukazany w półzbliżeniu) stwierdza, że Koszalin nie jest zbiorem budynków, urządzeń i ulic. Miasto to przede wszystkim ludzie. Obraz temu jednak zaprzecza. Brakuje w nim bowiem po prostu ludzi, dominują zaś właśnie budynki i ulice. Oczywiście w spocie widzimy szereg osób. Jednak poza liderami i członkami Lepszego Koszalina są one ukazane tylko przez moment i to z dużej odległości, albo w zdjęciach przyśpieszonych (podczas wypowiedzi kandydata do kamery widzimy też w tle niewyraźne sylwetki postaci ludzkich). Żadna z tych postaci nie przekazuje nam zatem najmniejszych nawet emocji.  

Oglądając materiał promocyjny kandydata Stowarzyszenia Lepszy Koszalin można zatem odnieść wrażenie, że jego twórcy (lub zamawiający reklamę) padli ofiarą własnej koncepcji. Próbując ukazać zły stan miasta zrezygnowali z elementów, które mogłyby potencjalnego odbiorcę przyciągać, czy zachęcać. Machanie do niego dłońmi – choć jest miłym akcentem – niekoniecznie musi wywołać u niego jakąkolwiek reakcję. Podobnie perspektywa oszczędności w dość odległych ramach czasowych.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Wygrani i przegrani samorządowych wyborów. Subiektywny ranking.

Wybory samorządowe dobiegły końca. Wszystko już jest jasne. Prezydentem Koszalina przez najbliższą kadencję będzie popierany przez Platformę Obywatelską dotychczasowy włodarz miasta – Piotr Jedliński. Jego największy rywal, reprezentujący Stowarzyszenie Lepszy Koszalin tym razem przegrał z nim różnicą prawie czterech tysięcy głosów (nieoficjalnie wyniki podane za: http://sportlive.redblog.gk24.pl/2014/11/30/wybory-samorzadowe-2014-ii-tura-koszalin-i-region-relacja-na-zywo/, 1.12.2014).
Oznacza to, że w przeciągu czterech ostatnich lat Piotr Jedliński przekonał do siebie całkiem sporą grupę koszalinian, albo też jego przeciwnik wyborców tych od siebie zwyczajnie odstraszył. Nie wnikając jednak w tą kwestię (będzie jej poświęcony jeden z kolejnych wpisów), poniżej przedstawiam subiektywny ranking wygranych i przegranych tych wyborów.

Wygrani:
1.      Jan Kazimierz Adamczyk. Dla mnie bezsprzecznie objawienie tych wyborów. Osoba, która jako jedyna prowadziła – w moim odczuciu – pozytywną, stosunkowo merytoryczną kampanię wyborczą. Oczywiście przegrał. Oczywiście miał kilka dziwnych wpadek (propozycja nowej nazwy dla koszalińskiego zalewu, czy „afera” butgate). Niemniej jednak całość jego dotychczasowej politycznej aktywności stoi w zgodzie z wartościami, które głosi. A to już całkiem sporo i dlatego zasługuje na szczególne wyróżnienie.   
2.      Piotr Jedliński. Prezydent wygrał bezsprzecznie, czym umocnił swoją pozycję, także w ewentualnych negocjacjach ze wspierającą go Platformą Obywatelską. Negocjacjach, które mogą okazać się nieuchronne, jeżeli zdecyduje się na pewne, w moim odczuciu niezbędne zmiany w stylu zarządzania miastem. Przede wszystkim mówię tu o konieczności wprowadzenia obligatoryjnych konkursów na stanowiska publiczne i większej demokratyzacji w procesie podejmowania istotnych dla koszalinian decyzji. Pierwsze rozwiązanie to w końcu mechanizm, który z jednej stronie zapobiega patologiom władzy (czy raczej zmniejsza ich groźbę), z drugiej sprawia, że młodzi, ambitni, dobrze wykształceni ludzie nabierają przekonania, że na rynku pracy jest jeszcze dla nich szansa. Demokratyzacja podejmowania decyzji to zwiększona ilość konsultacji społecznych, których wyniki będą uznawane za zobowiązujące. Chyba, że te będą zagrażały funkcjonowaniu miasta (anarchia to ciekawy ustrój, jednak jak dotychczas zweryfikowany raczej negatywnie). Wówczas ewentualne weto prezydenta stanie się jak najbardziej zasadnym rozwiązaniem.
3.      Krystyna Kościńska. Lewicowa radna, która przed druga turą wyborczą zdecydowała się na opuszczenie szeregów swojego ugrupowania i zostanie radną niezależną. Jak możemy przeczytać w jej oświadczeniu, był to akt protestu wobec zaangażowania jej kolegów i koleżanek z Sojuszu Lewicy Demokratycznej w bezpośrednią akcję promocyjną kandydata Stowarzyszenia Lepszy Koszalin (Patrz: http://www.mmkoszalin.eu/artykul/oswiadczenie-krystyny-koscinskiej, 1.12.2014). Akcję wspieraną równie mocno przez osoby związane z partią Prawo i Sprawiedliwość. Niezależnie od tego, czy był to jedyny powód decyzji o rozstaniu, czy tylko jeden z wielu czynników, obecna polityczna pozycja Krystyny Kościńskiej jest po raz pierwszy od wielu lat niezwykle mocna (parafrazując facebookowy wpis jej byłego już partyjnego kolegi: Krystyna Kościńska ma klucz do sali tronowej).

Przegrani:
1.      Artur Wezgraj. Czwarte poważne wybory zakończone przegraną obecnego kanclerza Politechniki Koszalińskiej (do parlamentu, europarlamentu i dwukrotnie na stanowisko prezydenta Koszalina). Czy będą to już ostatnie tak poważne zmagania ambitnego samorządowca? Na to pytanie tylko on potrafi odpowiedzieć. Niemniej jednak w tym momencie jego dalsza kariera polityczna stoi pod dużym znakiem zapytania. Na pewno pozycja radnego miasta Koszalina go nie satysfakcjonuje. Podobnie fakt bycia liderem najsilniejszego, opozycyjnego ugrupowania. Pozycje te nie dają przecież realnej władzy, ani nawet szczególnego wpływu na kierunek rozwoju miasta (przy założonej przewadze głosów Platformy Obywatelskiej). A na tym Arturowi Wezgrajowi na pewno najbardziej zależy.
2.      Tomasz Nowe. Szef sztabu wyborczego Platformy Obywatelskiej jest doskonałym świadectwem konieczności pilnego wprowadzenia konkursów na stanowiska w koszalińskim ratuszu. Przegrany proces wyborczy, umiarkowane zdolności komunikacyjne i zwykła, charakterystyczna dla partyjnych nominatów buta dowodzą, że bez zamian w doborze kadr prezydent będzie miał największych wrogów w… swoim najbliższym otoczeniu. (Mówię tu także o jednym z zastępców prezydenta, który nie mając najmniejszych umiejętności medialnych zdecydował się zwołać na kilka dni przed wyborami konferencję prasową celem zaatakowania konkurencji).
3.      Sojusz Lewicy Demokratycznej. Wprowadzając do Rady Miasta dwie przedstawicielki partia pod wodzą Adama Ostaszewskiego poniosła druzgocącą porażkę. I nie chodzi tu nawet o samą liczbę radnych, ale o fakt, że wynik ten wskazuje na to, iż marka SLD jest w Koszalinie gdzieś pomiędzy oddziałem intensywnej terapii a najbliższym krematorium. Obie panie uzyskały przecież mandat przede wszystkim dzięki swoim nazwiskom i swojej dotychczasowej działalności. I prawdopodobnie znalazłyby się w niej startując z każdego innego ugrupowania, podobnie jak w tym roku uczynił to Stefan Romecki.