niedziela, 24 maja 2015

Cisza wyborcza – fenomen działający nieomal wyłącznie teoretycznie

Kampanie wyborcze w Polsce mają jasno określone ramy czasowe. Zaczynają się od momentu postanowienia prezydenta RP o zarządzeniu wyborów i kończą dwadzieścia cztery godziny przed dniem głosowania.

W praktyce kampanie trwają jednak przez cały czas. Niektórzy twierdzą nawet, że kolejna kampania zaczyna się w momencie ogłoszenia wyników dopiero co zakończonych wyborów. Jedynie intensyfikacja kampanii przypada na stosunkowo krótki okres przedwyborczy (stąd też pojęcia marketingu międzywyborczego i przedwyborczego).

Wspomniany powyżej moment zakończenia działań wyborczych na kilkanaście godzin przed dniem głosowania a chwilą zamknięcia ostatniego lokalu wyborczego nazywa się ciszą wyborczą. W tym czasie zabronione jest prowadzenie agitacji wyborczej pod jakąkolwiek postacią. Nie można organizować wieców politycznych i manifestacji.
W mediach nie mogą pojawiać się reklamy polityczne. Z audycji telewizyjnych i radiowych, także tych o charakterze informacyjnym, znikają politycy. Teksty prasowe nie zawierają jawnych wzmianek na ich temat.
W tym czasie zakazane jest także wieszanie nowych plakatów wyborczych i publikowanie sondaży. Wszystkie te zakazy obostrzone są karą grzywny.  

W założeniu okres ciszy wyborczej ma umożliwić obywatelom podjecie decyzji w atmosferze pozbawionej presji. Ma być momentem refleksji i zadumy przed ważnym, świadomym, autonomicznym aktem głosowania.

Problem w tym, że cisza wyborcza istnieje tylko teoretycznie. I obszar tej teoretyczności coraz bardziej się rozrasta. Wszystko za sprawą trwałych, głównie zewnętrznych nośników reklamy, oraz rozwoju nowych mediów (w tym przede wszystkim mediów społecznościowych).

Ważnym czynnikiem podważającym skuteczność ciszy wyborczej są także informacje odnośnie frekwencji wyborczej. Wpływają one przecież na decyzje o udziale w głosowaniu lub rezygnacji z tego prawa. O tym jednak na koniec.

Pomimo ciszy wyborczej wciąż atakowani jesteśmy wizerunkami kandydatów i hasłami namawiającymi do ich poparcia. Politycy „spoglądają” na nas nieomal z każdego billboardu, słupa ogłoszeniowego, czy mijanego płotu. O ile możliwe jest bowiem wyrugowanie reklam politycznych z tradycyjnych mediów (prasa, radio, telewizja, kino), o tyle trudniej usunąć te umieszczone na innych nośnikach, przede wszystkim zewnętrznych.

I te wszechobecne reklamy, nawet jeżeli nieszczególnie zwracamy na nie uwagę, wywierają na nas wymierny wpływ. Wyjaśniają to liczne modele i koncepcje, chociażby model płytkiego przetwarzania informacji Heatha.

Prawodawcy znaleźli jednak "rozwiązanie” tego problemu. Uznali, że zakazane jest wieszanie nowych plakatów, tak jakby wierzyli, że te stare nagle utraciły moc oddziaływania.

Oczywiście można przyjąć, że nowe bodźce wywołują silniejszy wpływ niż te, do których nasz system nerwowy zdążył się przyzwyczaić (ewolucyjnie wytworzony mechanizm wykrywania nowych elementów). Nie znaczy to jednak, że nie wywierają żadnego wpływu (ich wzrastającą siłę sygnalizuje nawet efekt czystej ekspozycji). A przecież nawet słabego wpływu cisza wyborcza z założenia nie dopuszcza.

Warto także zauważyć, że w okresie poprzedzającym moment głosowania wyborcy są najczęściej mobilni (nawet wyprawa do lokalu wyborczego zmusza do pewnej mobilności). Oznacza to, że mogą natknąć się na reklamy dla nich zupełnie nowe, lub na reklamy, które już widzieli w nowych miejscach i / lub nowych kontekstach. Te wówczas stanowią dla ich mózgu pewną nowość. I w ten sposób mogą silniej niż dotychczas oddziaływać.

Dodatkowo sam kontekst odbioru reklamy może zmieniać znaczenie komunikatu i wpływać na jego skuteczność. A takim kontekstem jest chociażby sama wyprawa do urny wyborczej. Analogicznie przecież podczas wyprawy do sklepu możemy pod wpływem dostrzeżonej reklamy zmodyfikować listę zakupów. Możemy nawet udać się do innego sklepu niż planowaliśmy. Czyli zrobić coś, czego wcześniej nawet nie dopuszczaliśmy.

W nowych mediach, podobnie jak świecie realnym, pełno komunikatów namawiających do głosowania na określonych aktorów politycznych. Posiadający konto FB widzą na profilach swoich znajomych wklejone ulotki wyborcze i zdjęcia kandydatów. Widzą też wpisy nakłaniające do głosowania na wymienione z imienia i nazwiska osoby lub na konkretne podmioty polityczne.

W okresie kampanijnym niektórzy posiadacze kont na FB w miejsce swojego zdjęcia profilowego wklejają zdjęcie popieranego przez siebie polityka, albo logo określonej partii.
Często można dostrzec w tym miejscu także komunikaty o jednoznacznej wymowie politycznej (negatywnej lub pozytywnej).  Takie, które mają na celu wywarcie presji na grupę znajomych.

Niektóre z nich mogą wyświetlić się odbiorcom po raz pierwszy dopiero w okresie ciszy wyborczej. O tym przecież co pojawia się na naszym ekranie decyduje w dużej mierze algorytm przyjęty przez serwis zarządzany przez Marka Zuckerberga. Ten obawiam się nie uwzględnia fenomenu polskiej ciszy wyborczej, albo uwzględnia go w umiarkowanym stopniu.

W okresie ciszy wyborczej zabronione jest publikowanie sondaży. Do momentu zamknięcia wyborów i ogłoszenia wyników exit polls nie mamy najmniejszego pojęcia odnośnie tego, kto w danej chwili jest liderem wyścigu. Nie wiemy też czy, i jak, z upływem kolejnym godzin zmienia się sytuacja.

Wiemy jednak jak licznie obywatele uczestniczyli w głosowaniu (wyniki frekwencji podawane są kilka razy na dobę). Dane te stanowić mogą pewną podpowiedź dla innych wyborców. Na ogół przecież przed samymi wyborami upubliczniane są informacje (symulacje) na temat tego, dla którego ugrupowania czy kandydata korzystniejsza jest niska, a dla którego wysoka frekwencja.

Można zatem mówić o aspekcie pośredniego wpływania na wynik. Oddziaływania być może znikomego, ale znaczącego w sytuacji niewielkich różnić społecznego poparcia dla konkurujących ze sobą aktorów politycznych.

Z tych też powodów być może warto byłoby ponownie przemyśleć kwestię ciszy wyborczej i zastanowić się nad sensownością jej utrzymywania. Ma ona oczywiście szereg zalet. Możemy odpocząć od polityki i zając się rzeczami z nią niezwiązanymi. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że podstawowe założenia ciszy wyborczej są w dużej mierze fikcją. 

piątek, 22 maja 2015

Mocne i słabe strony kampanii kandydatów

Prezydencka kampania wyborcza zbliża się ku końcowi. Kandydaci ostatnie godziny poświęcają na bezpośrednie spotkania z wyborcami. Pora zatem na krótkie podsumowanie mocnych i słabych stron kampanii obu kandydatów.

Kampania Bronisława Komorowskiego – mocne strony

1. Debaty
Prezydent nadzwyczaj dobrze wypadł w obu debatach. W pierwszej, zorganizowanej przez TVP 1, wręcz znokautował pretendenta. W drugiej debacie tak dużej różnicy między kandydatami nie było widać, niemniej jednak jej zwycięzcą także był prezydent Komorowski. W obu starciach przewagę dały mu przede wszystkim wiedza, doświadczenie i pewnie też obycie w tego typu sytuacjach.

2. Kandydat po pierwszej turze wyborów
Ewidentnie przebudzenie, wręcz reaktywacja. Szok, który prezydent musiał przeżyć, gdy ogłoszono sondażowe wyniki pierwszej tury, musiał być znaczny. Doprowadziło to do zmian w jego kampanii z formy dość statycznej na bardziej dynamiczną, otwartą. Niestety tak szybkie zmiany pociągały ze sobą groźbę błędów, których prezydent nie uniknął.

Słabe strony

1.      Kandydat przed pierwszą turą wyborów
Absolutnie nijaki, pozbawiony cienia charyzmy i czegoś co mogłoby być odebrane jako wola walki. Tak jakby on i jego sztab zostali zahipnotyzowani sprzyjającymi wynikami sondaży. Skończyło się to przegraną z kandydatem, któremu jeszcze kilka miesięcy temu nie dawano praktycznie żadnych szans.

2.      Spoty wyborcze
Zbyt późno wprowadzono spoty kontrastowe / negatywne. Pierwszy spot kontrastowy, ten dotyczący in vitro (Wybierz prezydenta Polaków nie ich sumień: https://www.youtube.com/watch?v=qmTv2aQJeg0), pojawił się dopiero na tydzień przed pierwszą turą wyborów (5.05.2015), kiedy w sztabie musiały pojawić się już pierwsze oznaki paniki związanej z malejąca różnicą między kandydatem popieranym przez PiS a Bronisławem Komorowskim. Pierwszy spot negatywny (To nie sen - za Dudą stoi Kaczyński. Idź na wybory: https://www.youtube.com/watch?v=CRdd97sxGG8) dopiero dwa dni później (7.05.2015). Wskazuje to na zbyt wielkie zaufanie sztabu do siły pozytywnych materiałów wyborczych i nie docenienie roli i znaczenia tych o charakterze negatywnym.
Zastanawia także pomysł wykorzystania w reklamie skierowanej do młodych osób zdjęć z czasów, kiedy Bronisław Komorowski walczył o wolność kraju (https://www.youtube.com/watch?v=HLEcEWKiZ_8). W moim przekonaniu tego typu zabieg mógł wręcz zniechęcać tą grupę wyborców do głosowania na kandydata. Uwypuklał bowiem różnicę pokoleniową między nim a nimi. 
Pozostałe spoty zostały wykonane poprawne, lecz bez szczególnie ciekawych czy nowatorskich rozwiązań. Takich, które dawałyby szansę na przyciągnięcie uwagi odbiorców. 

3. Brak reakcji na zmieniającą się sytuację społeczną
Kampania wyglądała tak jakby oparto ją na przekonaniach członków sztabu i zwolenników PO, a nie na solidnym rozpoznaniu społecznych oczekiwań. Stad też konieczne okazały się gwałtowne modyfikacje w planach i deklaracjach kandydata po pierwszej turze wyborów. Zmiany, które nie zostały najlepiej odebrane przez elektorat. Uznano je za zwyczajnie nieszczere.

4. Brak umiejętności wchodzenia w bezpośrednią interakcję z wyborcami
Umiejętność, której brak szczególnie uwypukliły działania sztabu Bronisława Komorowskiego po pierwszej, przegranej dla niego turze wyborów. Kandydat nakłoniony do opuszczenia Belwederu w krótkim czasie popełnił trzy poważne błędy, które uczyniły z niego gwiazdę internetu. (Patrz wpis: http://fragmentyrzeczywistosci.blogspot.com/2015/05/kilka-spostrzezen-przed-finalnym.html).   


Kampania Andrzeja Duda – mocne strony

1.      Medialność
Andrzej Duda został świetnie przygotowany pod kątem wystąpień publicznych i medialnych. Zwłaszcza takich, w których otoczony jest przez zwolenników. Gorzej niestety radził sobie w bezpośrednim starciu. Jest to jednak rzecz do „przepracowania”. Widać to zresztą było już podczas drugiej debaty prezydenckiej, w której kandydat wykazał się znacznie większą odpornością psychiczna na ataki Bronisława Komorowskiego, niż w pierwszym bezpośrednim starciu.

2.      Kontakt z wyborcami
Olbrzymi atut 42 letniego prawnika. W bezpośrednim kontakcie z wyborcami czuje się świetnie – jest naturalny, bez trudu nawiązuje kontakt. Wydaje się świetnie rozumieć ludzi i dobrze czuć się w ich otoczeniu. Oni też wydają się darzyć go zaufaniem. Dzięki temu ich pozytywne reakcje na kandydata wyglądają wiarygodnie i przekonująco (brak efektu nienaturalności, charakterystycznego chociażby dla niektórych materiałów wyborczych obecnego prezydenta).

3.      Spoty wyborcze
Jedna z najlepiej poprowadzonych kampanii reklamowej w świecie polskiej polityki. Spot wyborczy Przyszłość ma na imię Polska to małe arcydzieło. Świetny pomysł na przygotowanie spotu stylizowanego na orędzie prezydenckie, wyemitowanego przed pierwszą turą wyborów. Pozwalał on wyborcom oswajać się z wizją nowej głowy państwa. Także spoty negatywne, te odwołujące się do uczucia lęku, skonstruowane zgodnie z zasadami.

4. Działania on-line
Świetnie przygotowana i prowadzona strona internetowa. Łatwy i przyjazny interfejs zachęcający do zapoznania się z zawartymi tam informacjami. Stojące na wysokim poziomie działania w mediach społecznościowych. Wzorzec, który obecnie będzie prawdopodobnie wyznaczać standardy dla innych polityków.

Słabe strony
1.      Językowy „egotyzm” kandydata
Nadużywanie zaimka ja w wypowiedziach mocno razi. Zwłaszcza, że zdania, które kandydat wypowiada, potwierdzają formą, że są w nich zawarte wyłącznie jego myśli / refleksje. To nadużywanie zaimka ja było bardzo widoczne podczas obu debat i negatywnie wpływało na odbiór polityka.

2.      Mowa ciała
Z jednej strony mocna strona Andrzeja Dudy, dająca mu przewagę nad wieloma innymi politykami. Z drugiej, ze względu na pewną schematyczność i teatralność, rodząca u odbiorcy poczucie braku szczerości. Przecież w końcu nie wszystkie rzeczy, o których ten polityk mówi są olbrzymiej wagi. A na to bardzo często wskazują jego gesty.  (Na kwestię błędów w obszarze gestykulacji słusznie zwrócił uwagę prof. Wiesław Godzic: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103087,17961634,Debata_prezydencka_2015___Mecz_byl_remisowy__ale_w.html).







środa, 20 maja 2015

Debata i w zasadzie wszystko jasne

W niedzielny poranek, kiedy opublikowałem ostatni wpis na blogu zatytułowany Kilka spostrzeżeń przed finalnym głosowaniem, byłem przekonany, że jeżeli pójdę na wybory, to oddam pustą kartkę albo zagłosuję na Andrzeja Dudę. Nie abym był zwolennikiem Prawa i Sprawiedliwości. Po prostu z dwójki kandydatów wydał mi się on w całej dotychczasowej kampanii zwyczajnie bardziej przekonujący. I przez to bardziej zasługującym na mój głos.

Co ciekawe spodziewałem się także, że mająca się odbyć wieczorem debata pogląd ten jedynie ugruntuje. Zwycięzcą w moim odczuciu mógł zostać wyłącznie dobrze prezentujący się w mediach, energiczny Andrzej Duda. I gdybym tylko miał możliwość postawienia pieniędzy w zakładzie o to, kto wygra telewizyjne starcie, bez wahania postawiłbym na przeciwnika obecnego prezydenta.

Debatę wygrał Bronisław Komorowski. Wykazał w niej, że jest politykiem zupełnie innego formatu niż Andrzej Duda. Osobą znacznie bardziej świadomą, zdecydowaną, konkretną. Człowiekiem mającym w sobie (wciąż) spore pokłady sił, potrafiącym walczyć. Pełnokrwistym liderem.

Duda przystąpił do starcia zwyczajnie stremowany i napięcie to towarzyszyło mu praktycznie przez całe 80 minut spotkania. Mówił ogólnikami. Jeżeli musiał się bronić, to czynił to nieudolnie (reakcja na pytanie o „blokowanie” etatu na uczelni jest tego najlepszym przykładem). Co nie znaczy, że nie walczył. Niestety w tego typu konfrontacji wyuczone formułki wzmocnione wystudiowanymi gestami nie pozwalają jeszcze na odniesienie zwycięstwa.
Zwłaszcza, gdy dodatkowo zawiódł sztab i nie przygotował wystarczająco dobrych pytań. Takich, które pozwoliłyby na przygwożdżenie oponenta. Jak przecież można pytać prezydenta o służbę zdrowia (to obszar, za który odpowiedzialność spoczywa na rządzie), i magistra historii (takie wykształcenie ma Komorowski) o kwestie typu Jedwabne?

Właśnie zapoznałem się odpowiedziami kandydatów na pytania zawarte w kwestionariuszu wyborczym przygotowanym przez portal gazeta.pl i mamprawowiedziec.pl (http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,144685,17946165,Komorowski_i_Duda_odpowiadaja_na_nasze_pytania__POROWNAJ.html#MT). 
Pytania dotyczyły kwestii politycznych, np. przekazywania broni Ukrainie, oraz światopoglądowych (stosunku do in vitro, związków partnerskich i konwencji antyprzemocowej).


W sprawach politycznych, zwłaszcza tych dotyczących bezpieczeństwa kraju, obaj politycy mówią praktycznie jednym głosem. W odniesieniu do polityki wewnętrznej stawiają na rozwiązania socjalne, o charakterze populistycznym. 
Wyraźne różnice pojawiają się dopiero przy kwestiach światopoglądowych. I właśnie one zadecydowały o moim najbliższym niedzielnym wyborze. 





niedziela, 17 maja 2015

Kilka spostrzeżeń przed finalnym głosowaniem

Jeszcze trzy miesiące temu byłem pewien, że planowane na maj 2015 roku wybory prezydenckie to czysta formalność. Zwycięzcą – jak mi się wydawało – mógł zostać tylko jeden kandydat – cieszący się olbrzymim społecznym zaufaniem (78% w styczniu 2015: http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/bronislaw-komorowski-ponownie-liderem-rankingu-zaufania,508569.html), urzędujący Prezydent RP – Bronisław Komorowski. Osoba, na którą jeszcze w grudniu 2014 roku głos chciało oddać 56% uprawnionych do głosowania polaków (http://polska.newsweek.pl/sondaz-prezydencki-poparcie-dla-bronislawa-komorowskiego-newsweek-pl,artykuly,353417,1.html).
W tym samym przecież czasie na jego najpoważniejszego konkurenta – popieranego przez Prawo i Sprawiedliwość Andrzeja Dudę – zdecydowanych było zagłosować mniej niż 20% dorosłych obywateli kraju (http://polska.newsweek.pl/sondaz-prezydencki-poparcie-dla-bronislawa-komorowskiego-newsweek-pl,artykuly,353417,1.html). Nie wydawał się zatem stanowić poważnego zagrożenia dla lidera badań opinii publicznej.

Pierwsza tura wyborów zakończyła się jednak porażką urzędującego prezydenta. Stanowiło to praktycznie dla wszystkich olbrzymie zaskoczenie. Zwłaszcza w kontekście przedwyborczych wyników sondaży. Te od pewnego czasu wskazywały, że konieczna będzie „dogrywka” i bezpośrednia walka o fotel prezydenta. Nigdy jednak liczby w nich podawane nie sygnalizowały nawet możliwości wygrania I tury i całych wyborów przez innego kandydata, niż tego popieranego przez Platformę Obywatelską Bronisława Komorowskiego.

Za tydzień druga tura. Tym razem sondaże wskazują na rosnącą przewagę triumfatora pierwszej odsłony – Andrzeja Dudę. Czy wygra z obecnym prezydentem? Trudno powiedzieć. Bezsprzecznie jest to jednak obecnie najbardziej realny scenariusz. I nie dlatego, że tak wynika z badań opinii publicznej, obciążonych – jak się przecież mogliśmy przekonać – sporym marginesem błędu. Po prostu kampania wyborcza Bronisława Komorowskiego jest w dalszym ciągu prowadzona równie „umiejętnie” jak przed I turą głosowania. A to nie wróży wyborczego sukcesu.

Już po ogłoszeniu wstępnych, sondażowych wyników głosowania z 10 maja, Prezydent RP odczytał z kartki przemówienie, które pokazało, że nie ma klarownego, przekonującego pomysłu na swoją prezydenturę i chyba także na Polskę (polecam analizę tego przemówienia autorstwa dr hab. Jacka Wasilewskiego: http://wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,114871,17896700,Profesor_retoryki_ocenia_slowa_Komorowskiego___Z_takim.html). Nie ma też koncepcji jak wokół swojej osoby budować wspólnotę.  I jak przekonać do siebie tych, którzy głosowali na innych kandydatów. 
(Zapowiedzenie dzień później ogólnopolskiego referendum w sprawie m.in. JOW-Ów tylko wpisuje się w tą mało zgrabną retorykę. Ostatecznie przecież Bronisław Komorowski miał bez mała 5 lat na aktywne włączenie się w budowę Polski obywatelskiej).  

W tym samym czasie Andrzej Duda podziękował tym, którzy zapracowali na jego wyborczy sukces (brawa należą się wam, bo to Wasza praca). Podziękował wyborcom za ich istotny wkład w demokrację (gorące podziękowania dla tych wszystkich, którzy wzięli udział w wyborach, bo to niezwykle ważne, żebyśmy czcili Naszą demokrację poprzez udział w akcie wyborczym). Umiejętnie zwrócił się także do swoich konkurentów, zyskując w ten sposób realną szansę na zdobycie przychylności ich elektoratu: Jestem pewien, jestem pewien, że ich kandydowanie podyktowane było przede wszystkim miłością do ojczyzny, ale także chęcią naprawy Rzeczypospolitej. Bo każdy z nich miał program, i każdy mówił o tym, że w Polsce potrzebna jest naprawa w tak wielu dziedzinach i zmiana. I dlatego w tych wyborach startowali. Dziękuję im za to, bo jestem przekonany, że zrobili to właśnie z woli naprawy Polski. A to dla mnie oznacza miłość do ojczyzny. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, dlatego z całego serca dziękuję. Dziękuję za tą rzetelną i uczciwą konkurencję. To dla nich brawa.
A w dniu następnym, od wczesnych godzin porannych, dalej pracował na swój wyborczy sukces, m.in. częstując kawą spieszących się do pracy warszawiaków.  

Ostatnie dni kampanii to pasmo kolejnych wizerunkowych potknięć prezydenta, wzmocnionych błędnymi decyzjami jego sztabu. Zaczęło się od wspomnianej zapowiedzi referendum. Pomysłu zbyt nagłego i nerwowego, aby mógł kogokolwiek przekonać do szczerych intencji Bronisława Komorowskiego.

Później oficjalnego poparcia kandydatowi udzielił były Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski. Symboliczne wsparcie, które paradoksalnie może odstręczyć od kandydata PO niektórych dotychczasowych wyborców. 
(Oceniając to posunięcie należy pamiętać, że Aleksander Kwaśniewski nie jest już marką polityczną, której poparcie stanowi gwarancję jakiegokolwiek sukcesu. Udowodniły to chociażby ostatnie wybory do europarlamentu).

Kolejnym błędem była decyzja o rozpoczęciu bardziej bezpośredniej kampanii, analogicznej do tej prowadzonej przez konkurenta. W tym celu „wyprowadzono” kandydata z Belwederu i postawiono naprzeciwko potencjalnych wyborców. 
Niestety Bronisław Komorowski nie najlepiej radzi sobie w bezpośrednim kontakcie z ludźmi (chyba, że są  to jego zwolennicy). Jego reakcje na ich troski, obawy czy oczekiwania ewidentnie to podkreślają.
I tak zamiast wykazać zainteresowanie problemem, z którym obywatel się do niego zwraca, czyli przede wszystkim zatrzymać się i uważnie go wysłuchać, idzie dalej: https://www.youtube.com/watch?v=1O6ydRD8tgk. 
Zamiast wyrazić współczucie osobie niepełnosprawnej, próbuje żartować: https://www.youtube.com/watch?v=NUE26o1Oh3Y. 
Zamiast zaproponować wsparcie personalne swoich doradców osobie borykającej się z trudną sytuacją materialną, sugeruje jedynie większą zaradność:  https://www.youtube.com/watch?v=qV6gn9dT2Uw.

Próbując w ten sposób przekonać do siebie społeczeństwo, kandydat jedynie traci. Zwłaszcza, że w tego typu sytuacjach media, a zwłaszcza Internet, są bezlitosne (vide: liczne materiały na temat tzw. „suflerki” prezydenta).

Mamy zatem starcie  dwóch postaci. Medialnego, naturalnego, świetnie nawiązującego kontakt z wyborcami Andrzeja Dudy i wyglądającego na lekko zdezorientowanego rozwojem sytuacji obecnego Prezydenta RP. Pierwszy z nich wysyła czytelny komunikat, że wie po co startuje (chce przede wszystkim radykalnej zmiany). Drugi przedstawia mglistą wizję jakiejś kontynuacji, czyli czegoś co zwłaszcza dla młodych polaków przestało mieć jakikolwiek powab atrakcyjności (stąd tak dobry wynik Pawła Kukiza). Pierwszy stara się przekonać do siebie wyborców. Drugi zachowuje się tak, jakby kolejna kadencja należała mu się z urzędu. Nietrudno zatem zgadnąć, która strategia daje większą szansę na odniesienie finalnego sukcesu.

Najnowsze hasło wyborcze Bronisława Komorowskiego brzmi Komorowski – prezydent naszej wolności. Według profesora Radosława Markowskiego to bardzo dobre hasło (http://wpolityce.pl/polityka/244591-komorowski-prezydentem-naszej-wolnosci-chwyci-profmarkowski-to-bardzo-dobre-haslo-dr-kotras-z-pewnoscia-nie-uwiedzie). Jego zdaniem uwypukla, za jakim państwem się opowiemy. Czy będziemy glosować za państwem wolności, którego gwarantem jest obecny prezydent, czy państwem ideologicznym. Państwem rządzonym przez prezydenta, który będzie nim kierował pod dyktando partii. Państwa, które dyryguje gospodarką, obywatelem, które chce zrobić system edukacyjny pod swoją ideologię.

Nie potrafię podzielić tego osądu. Po pierwsze nie odnoszę automatycznie treści, które hasło niesie do sporu o ideologiczną wizję kraju (choć oczywiście spór ten ma ewidentnie miejsce). Wynika to ze zbyt małego nacisku jaki na tą kwestię położono w samej kampanii (aspekt ten uwypuklony został dopiero tuż przez I turą wyborów). 
Po drugie w prezydenturze Bronisława Komorowskiego także dostrzegam pewne ukierunkowanie. 
Po trzecie konstrukcja prezydent naszej wolności oznacza dla mnie zawłaszczenie przez kandydata pewnej kategorii, do której nie ma on wyłącznego prawa. Przy całym szacunku dla jego dokonań jako opozycjonisty i roli jaką odgrywał w ostatnich 25 latach historii Polski.