czwartek, 1 października 2015

Strach w spocie korwinistów

Właśnie obejrzałem najnowsze "dzieło" partii Korwin – spot zatytułowany Inwazja (https://www.youtube.com/watch?v=jgk19JjzQtA). Materiał ten, jak szereg innych propagowanych przez tą partię i jej zwolenników, ma na celu eskalowanie społecznego lęku przed uchodźcami. Osobami utożsamianymi z nielegalnymi imigrantami, agresywnymi i fanatycznymi wyznawcami Islamu.

Spot rozpoczyna pojawiający się na czarnym tle napis Inwazja się rozpoczęła. Słowa te odczytuje lektor. Następnie słyszymy, że hordy nielegalnych imigrantów wdzierają się do EuropyZagrażają naszej tradycji, kulturze i wartościom. Słowom tym towarzyszą między innymi obrazy osób próbujących dostać się do wnętrza ciężarówki, przedostać się przez zasieki, sforsować ogrodzenie, czy kopiących zamkniętą bramę. Widzimy też dokonywane przez tłum akty przemocy. Obrazy przerażające.

W spocie pokazano polityków, którzy jakoby witają ich z otwartymi ramionami (premier Ewa Kopacz), oraz takich. którzy chcą na nich płacić (Jarosław Kaczyński).
Partia Korwin – jak słyszymy – reprezentuje odmienne stanowisko: Jako jedyni odważnie mówimy nie nielegalnym emigrantom. Z materiału dowiadujemy się też, że Tylko Korwin zapewni nam i naszym rodzinom bezpieczeństwo.

Mamy zatem do czynienia z klasycznym spotem bazującym na strategii odwoływania się do lęku. Pomyśle, który w działaniach o charakterze politycznym ma długą historię. Pozwala bowiem skutecznie oddziaływać na społeczeństwo.

Na strategii tej - o czym warto pamiętać - bazowali także naziści, kreując lęk przed Żydami. Analogicznie postępowali komuniści, zaszczepiając w proletariacie poczucie powszechnego lęku przed wrogami systemu. Partia Korwin swoim materiałem wpisuje się w pewien sposób w te mało chlubne wzorce.

Czym innym bowiem jest budowanie lęku przed równorzędnym przeciwnikiem politycznym, takim, który może odpowiedzieć, zareagować (w Polsce od lat PO straszy Polaków rządami PiS, a PiS utrzymaniem władzy przez partię Kopacz). Czym innym atakowanie w ten sposób osób bezbronnych, sprowadzonych do stereotypowego, groźnego wizerunku. Działanie, które rodzi wyłącznie strach i nienawiść.

Oczywiście takie postepowanie Partii Korwin można to zrozumieć. Obecne wybory dla tego podmiotu to być albo nie być na scenie politycznej. Za cztery lata jego lider będzie miał ponad 75 lat i raczej nie będzie miał szans na jakikolwiek sukces wyborczy. 
(Teraz jego szanse na sukces też są niewielkie. Chyba, że za taki uznamy samo dostanie się ugrupowania do parlamentu, bez jakiejkolwiek szansy na realizowanie własnej polityki).

Dodatkowo w tym ugrupowaniu nie ma nikogo, kto mógłby po Januszu Korwin-Mikke przejąć schedę. Dla partii wodzowskich, z wyraźnym liderem, stanowi to prognozę szybkiego zniknięcia z rynku politycznego.

Stąd też właśnie bierze się to kurczowe trzymanie się korwinistów tematyki uchodźców. Kwestii, która rzeczywiście u wielu Polaków budzi obawy. Żerowanie na tych emocjach jest jednak zwyczajnie obrzydliwe.

PS. W spocie umieszczono prostą animację (od 50 sekundy spotu). Ukazuje ona jak ludność z Afryki, Azji i Południowej Ameryki (czarne ludziki) zalewa kraje półkuli północnej oraz Australię, wypierając ich dotychczasowych mieszkańców (ludziki białe). 
Obrazom tym towarzyszą słowa z parlamentarnego wystąpienia Przemysława Wiplera Brońmy Europy przed zalewem Islamu. Brońmy przed islamizacją. Tego oczekują od nas w chwili miliony Polaków. 

Grafika ta nie pasuje zatem do apelu polityka. Wyznawców Islamu w Ameryce Południowej nie ma znowu aż tak wielu (patrz: http://www.centrumjp2.pl/wikijp2/index.php?title=Ameryka_Po%C5%82udniowa).
Autorzy spotu powinni to wiedzieć. Inaczej propagują nie tylko nietolerancję, ale także dają świadectwo własnej ignorancji.



sobota, 26 września 2015

MZK Koszalin. Wpis trzeci.

Autobusy realizujące kursy w okresie świąt. Bilet okresowy 30 dniowy tańszy o 14 zł niż było to wcześniej (obecnie kosztuje 86 zł). Dobowy w akceptowalnej cenie. Coraz częściej widok pojazdów MZK czekających na przystanku na godzinę odjazdu zgodną z rozkładem. Bezpłatne przejazdy liniami koszalińskiego przewoźnika w Światowy Dzień bez Samochodu (22.09.2015). Warto pochwalić :)





czwartek, 17 września 2015

Jak powinien wyglądać uchodźca

Temat uchodźców zdominował światowe i Polskie media. Nic dziwnego. Tak znacznej migracji ludności do Europy w ostatnich kilkudziesięciu latach rzeczywiście nie mieliśmy. W związku z poważną sytuacją pojawiają się liczne pomysły, jak ten problem rozwiązać. Wiele z nich, jak chociażby ten dotyczący obowiązkowych kwot uchodźców, spotyka się z niewielką akceptacją ze strony społeczeństw i rządów krajów Unii Europejskiej.

Powodów takiego podejścia jest wiele. Przede wszystkim jest to strach przed grożącą Europie niestabilnością. Chaosem, który – jak niektórzy uważają – uchodźcy ze sobą niosą. Dodatkowo nakłada się na to strach przed terroryzmem, immanentnie powiązanym w naszych głowach z wyznawcami Islamu. Istotną rolę odgrywa także lęk przed obcymi. Lęk stary jak ludzkość.

Nie polemizując z zasadnością tych obaw (lub ich niezasadnością), postanowiłem się skupić na nieco innej rzeczy. Mianowicie na różnych portalach internetowych, na profilach FB niektórych partii, ad hoc zakładanych grup czy profilach prywatnych, pojawiają się symptomatyczne wpisy dotyczące imigrantów. 

Ich autorzy poza ukazywaniem uchodźców jako potencjalnego źródła terroryzmu czy grożącego nam chaosu, piętnują ich także za płeć, wiek, zachowanie i domniemany stan zamożności. Piętnują ich zatem za szeroko pojęty wizerunek. Taki, który najwyraźniej nie współgra z ich wizją osób potrzebujących pomocy i schronienia.

W kontekście płci i wieku dominuje teza, że oto napływają do nas nie uchodźcy, ale osoby młode, które porzuciły swoje rodziny / kraje w celach ekonomicznych. Gdyby było inaczej to wówczas byłoby wśród nich więcej kobiet, dzieci i osób starszych. 

A przecież na zdjęciach widzimy osoby młode, które – zdaniem krytyków – zamiast walczyć i ginąc w Syrii / Erytrei, czy wspierać swoich najbliższych, uciekają w bezpieczne rejony świata. Widzimy zatem - jak niektórzy utrzymują - tchórzy albo osoby, które do Europy przyjechały celem wzbogacenia się.

I może rzeczywiście w wielu przypadkach tak jest. W wielu innych rzecz przedstawia się zapewne zupełnie inaczej. Warto przecież pamiętać, że na tego typu wyprawę, dodajmy wyprawę niebezpieczną, wyrusza na ogół ten, który ma dostatecznie dużo siły, aby nie tylko dotrzeć w miejsce upatrzone / bezpieczne, ale także aby tam zdołać się utrzymać i być może za jakiś czas sprowadzić rodzinę. 

Te kryteria spełniają jedynie osoby młode lub w sile wieku, raczej płci męskiej niż żeńskiej. (To nie seksizm tylko racjonalna ocena wynikająca z uwarunkowań biologicznych, ewolucyjnych, kulturowych). 
Mężczyźni, mając większą ilość tkanki mięśniowej, są z reguły silniejsi fizycznie od kobiet. Mają także wyższy poziom hormonu, który w sytuacjach zagrożenia / walki odgrywa istotną rolę – testosteronu. Szybciej także będą w stanie podjąć jakąkolwiek, najczęściej fizyczną pracę. Nic zatem dziwnego, że to właśnie oni wyruszyli w podróż. Nic dziwnego też, że dominują w kadrach.

Podobnie przecież wyglądały dziewiętnastowieczne emigracje europejczyków do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Tak samo zresztą emigrowali Polacy. Zatem oskarżanie o podobne praktyki przedstawicieli innych nacji jest zwyczajnie nadużyciem.

Przeciwnicy emigrantów zamieszczają w Internecie szereg filmów ukazujących ich rzekomo skandaliczne, niedopuszczalne zachowania. Takie które odróżniają ich od nas, Polaków, czy szerzej: od Europejczyków. Potrafią się przecież pobić, potrafią zdemolować dzielnicę, w której mieszkają, potrafią dokonać gwałtu.

Tylko czy przypadkiem my również nie jesteśmy do tego zdolni. I to nawet w sytuacji znacznie mniej kryzysowej, znacznie mniej stresującej niż tej, w której oni się znaleźli. Popatrzmy na coroczne obchody 11 listopada w Polsce (kilka zdjęć: https://www.google.pl/search?q=11+listopada+warszawa&rlz=1C1GGGE_plPL558PL558&es_sm=122&source=lnms&tbm=isch&sa=X&ved=0CAgQ_AUoAmoVChMI_qfn3_D9xwIV6P5yCh2yoQba&biw=1301&bih=663). Obejrzyjmy zamieszczone na YT filmiki z ustawek fanów polskich drużyn piłkarskich: https://www.youtube.com/results?search_query=ustawki+kibic%C3%B3w+polska. Przyjrzyjmy się tym obrazom a dopiero potem krytykujmy zachowania innych.

Telefony komórkowe w rękach uchodźców to kolejny element ich wizerunku, który budzi niezwykłe emocje. Dodajmy emocje absolutnie niezrozumiałe. Przecież to, że uciekają przed wojną nie oznacza jeszcze, że niczego ze sobą nie mają. Gdyby tak rzeczywiście było, to wówczas ich szansa na dotarcie w upragnione miejsce byłaby znikoma. Tego typu wyprawa wiąże się przecież ze sporymi kosztami, na które zresztą często składają się całe rodziny / rody.

Wyruszając w tak niebezpieczną podróż dobrze mieć także możliwość nawiązania kontaktu z innymi. Z tymi którzy tą samą drogę pokonują lub już ją przebyli, jak również z bliskimi. Stąd w rękach imigrantów telefony komórkowe.
Jeżeli ktoś tego faktu nie rozumie, to oznacza, że albo jest osobą pozbawioną wyobraźni, albo zwyczajnie przepełnioną złą wolą. 

środa, 16 września 2015

Taka przypadłość

W sobotę zakończył się Europejski Festiwal Filmowy Integracja Ty i Ja. Była to już jego 12 edycja. Oprócz wydarzeń realizowanych w Koszalinie festiwal miał swoje „małe” odsłony w trzydziestu miastach Polski (http://www.integracjatyija.pl/pl/festiwal-2015/male-festiwale-ty-i-ja). W szesnastu innych aglomeracjach odbywały się dwudniowe pokazy filmów pod wspólnym hasłem 2 dni z EFF Integracja Ty i Ja w kinach w Polsce (http://www.integracjatyija.pl/pl/festiwal-2015/2-dni-z-eff-integracja-ty-i-ja-w-kinach-w-polsce). Projekcje filmów odbywają się także poza granicami kraju.

Mamy zatem do czynienia ze znacznym wydarzeniem o charakterze społeczno-kulturalnym. Projektem pozytywnie wpływającym na wizerunek Koszalina w kraju i zagranicą. 
(O istotności festiwalu w kreowaniu pozytywnego klimatu dla integracji nie widzę potrzeby wspominać. Wystarczy wziąć w nim udział i samemu to ocenić).

Dlatego z dużym zdziwieniem przeglądałem wrześniowy numer bezpłatnego informatora miejskiego Trendy Koszalin. W numerze, który na okładce ma plakat tegorocznej Integracji, mamy we wstępniaku wypowiedź o festiwalu… Anny Dymnej. Wybitnej aktorki, która od wielu lat poprzez swoją fundację pomaga osobom dotkniętych niepełnosprawnością. Osoby, która jednak nigdy w koszalińskim festiwalu nie brała udziału.

Jednocześnie w magazynie nie sposób odnaleźć najmniejszej wzmianki o Barbarze Jaroszyk, dyrektorze i pomysłodawczyni festiwalu. Analogicznie żadnej jej wypowiedzi. Moim zdaniem dziwna praktyka.

PS Anna Dymna wypowiadała się ciepło o festiwalu. Nie ukrywała jednak, że wszystko co o nim wie pochodzi z drugiej ręki. Stąd też skupiła się przede wszystkim na opisaniu własnej działalności. 

czwartek, 3 września 2015

Ghost bike – bardzo mieszane uczucia wobec projektu

Kilka dni temu na ulicy Fałata w Koszalinie kierujący samochodem śmiertelnie potrącił rowerzystkę. Kto ponosi odpowiedzialność za wypadek – kierowca czy rowerzystka – nie sposób obecnie jednoznacznie ustalić. 
W lokalnych mediach sporo niestety rozbieżności w opisach / ustaleniach odnośnie zdarzenia. 

Dziennikarka portalu gk24.pl Joanna Boroń pisze, że Jadący oplem w stronę Gdańska 50-latek nie zauważył kobiety, która na rowerze wjechała na pasy dla pieszych (Źródło: http://www.gk24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150828/KOSZALIN/150829743).

Z kolei na stronie koszalininfo.pl czytamy, że – według świadków – prowadzący samochód marki Opel potrącił prowadzącą rower przez przejście dla pieszych kobietę (Źródło: http://koszalininfo.pl/index.php/wiadomosci/8888-smiertelny-wypadek-na-falata-zginela-rowerzystka-zdjecia-film). 
Autor tej drugiej relacji – Marek Łagocki – przytacza także wersję przedstawioną przez policję. Według jej ustaleń opel potrącił przejeżdżającą rowerem przez przejście kobietę. Samo zaś śledztwo jest w toku i trzeba poczekać na ustalenia biegłego i prokuratora.

Pomimo braku istotnych, wiążących danych na temat zdarzenia Koszalińska Inicjatywa Rowerowa postanowiła uczcić pamięć rowerzystki i w miejscu wypadku postawić swoisty pomnik – ghost bike.

"Ghost bike" to sposób na upamiętnienie rowerzystów, którzy zginęli w wypadkach drogowych. Stanowią również przestrogę i apel o przestrzeganie zasad bezpieczeństwa wobec wszystkich niechronionych uczestników ruchu drogowego - pieszych, rowerzystów i motocyklistów. "Rowery duchy" stoją już w kilku miastach w Polsce, m.in w Poznaniu i Łodzi. Są to stare jednoślady pomalowane na biało, z krótką informacją o wypadku do jakiego doszło w miejscu gdzie stoją. (Źródło: http://ekoszalin.pl/index.php/artykul/11302-Rower-duch-w-Koszalinie)

Inicjatywa ważna. Problem w tym, że w tym przypadku dość kontrowersyjna. Przede wszystkim nie wiemy przecież, kto ponosi winę za tragedię. Z relacji policji wynika, że zawiniła niestety ofiara. Jaki zatem wpis powinien pojawić się we wspomnianej krótkiej informacji o wypadku? Ten przecież, aby nie rodzić niepotrzebnych sporów, powinien opierać się na faktach, być odbiciem prawdy. Pytanie tylko, czy przed zakończeniem śledztwa rzeczywiście może on prawdę odzwierciedlać?

Po drugie: czy inicjatorzy akcji ghost bike skontaktowali się z rodziną tragicznie zmarłej i uzyskali od niej zgodę na wykorzystanie tego zdarzenia jako przestrogi i apelu o przestrzeganie zasad bezpieczeństwa? Sprawa dość istotna. Ostatecznie przecież mówimy o śmierci i bólu, którą ta ze sobą niesie. W takiej sytuacji robienie czegokolwiek bez wyraźnej zgodny najbliższych jest zwyczajnym nadużyciem i wyrazem braku wrażliwości. Nawet jeżeli robi się to w słusznym celu.

Po trzecie: czy osoby zaangażowane w projekt w ogóle interesuje to, co może czuć kierowca samochodu. Z dyskusji, która wywiązała się na profilu FB jednego z liderów Koszalińskiej Masy Krytycznej, zarazem zwolennika i bezkompromisowego obrońcy pomysłu, odnoszę wrażenie, że niespecjalnie. A przecież dla niego to również była, i zapewne jest, olbrzymia tragedia. Będzie musiał przecież już zawsze żyć ze świadomością, że w wypadku, w którym brał udział, ktoś stracił życie. Planujący tego typu akcję powinni o tym także pamiętać.  








środa, 17 czerwca 2015

Park Wodny Koszalin - dobra czy zła nazwa?

Kilka dni temu rozstrzygnięto konkurs na nazwę budowanego właśnie w Koszalinie aquaparku. Jury, w skład którego wchodziło po dwóch pracowników Zarządu Obiektów Sportowych i Urzędu Miejskiego w Koszalinie (delegowanych przez prezydenta Koszalina i prezes ZOS), oraz trzech przedstawicieli lokalnych mediów (po jednym z Głosu Koszalińskiego, Radia Koszalin i TV MAX), spośród 185 nadesłanych przez mieszkańców miasta propozycji wybrało nazwę Park Wodny Koszalin.

W wyborze, jak zapisano w regulaminie konkursu, członkowie jury kierować się mieli kilkoma podstawowymi kryteriami. Nazwa miała być ciekawa, oryginalna i łatwa do zapamiętania. Miała też uwzględniać funkcje, jakie aquapark spełnia. Tu wymieniono między innymi rekreację, wypoczynek, aktywność i witalność (http://zos.koszalin.pl/attachments/article/94/Regulamin_Konkursu.pdf).

Pytanie zatem, czy wybrana nazwa spełnia zapisane w regulaminie warunki? Nie. A raczej nie spełnia ich wszystkich. Czy jest to zatem nazwa zła? Absolutnie nie.
Zanim jednak wyjaśnię dlaczego tak uważam warto przyjrzeć się dyskusjom dotyczących wybranej w konkursie nazwy.

Przeglądając koszalińskie fora internetowe i czytając zamieszczone tam wpisy pierwsza rzecz, jaka rzuca się w oczy, to dominująca krytyka pomysłu. Podobnie zresztą rzecz wygląda w rozmowach toczących się na FB.

Według internautów wybrano nazwę przeciętną, pozbawioną polotu. Taką, która nie wyróżnia koszalińskiego obiektu. Ostatecznie przecież – jak argumentowano – poprzestano na nazwie rodzajowej obiektu (obiekt z rodziny parków wodnych), z dodanym miejscem jego lokalizacji. Równie dobrze mógłby się po prostu nazywać Aquapark Koszalin.

Jak ktoś mi powie byłem w Emce, to wiem bez zastanowienia, ale jak bym usłyszał w "Centrum handlowym", to musiałbym dopytać w którym. Tak będzie z naszym "Parkiem wodnym", perełką regionu..... Brawa dla komisji, młodzież w gimnazjum potrafi być bardziej kreatywna (https://www.facebook.com/rzecznik.koszalin?fref=ts).

Niektórzy z krytyków podawali także swoje propozycje: Pacyfik, Koszalińska Fala, H2O, Pod Górą, Watersplash Koszalin (https://www.facebook.com/rzecznik.koszalin?fref=ts; http://forum.gk24.pl/wybrano-nazwe-dla-aquaparku-w-koszalinie-sonda-wideo-archiwalne-zdjecia-t115807/page-2?hl=%20park%20%20wodny).

W ich odczuciu propozycje te są znacznie lepsze niż ta wybrana przez komisję konkursową. Przede wszystkim dlatego, że są one bardziej kreatywne, niepowtarzalne: proponowałem "Pacyfik" - to w końcu największy na świecie akwen wodny. I nigdzie dookoła nie występuje żaden obiekt o takiej nazwie /…/ Nigdy bym nie wpadł na to by startując w konkursie podawać nazwy, które są tak banalne (https://www.facebook.com/rzecznik.koszalin?fref=ts).

Negatywną ocenę wybranej nazwy potwierdza także sonda przeprowadzona na stronie regionalnego dziennika (http://www.gk24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150610/KOSZALIN/150619960).
Jedynie 26.9% z oddanych 882 głosów wskazuje na to, że wybrana nazwa się podoba. 68.4%  wyraża zdegustowanie. Pozostałych 4.8% głosów oddanych zostało na trzecią opcję zaproponowaną przez organizatorów sondy, czyli na nie mam zdania.

Dlaczego zatem uważam, że nazwa Park Wodny Koszalin jest jak najbardziej do przyjęcia? Przede wszystkim ze względu na nieco szersze spojrzenie na funkcje, jakie nazwa ta ma pełnić. 

Park wodny w Koszalinie w założeniu ma służyć mieszkańcom i, co być może nawet istotniejsze, przyciągnąć do miasta turystów. Przede wszystkim tych odpoczywających w miesiącach letnich w okolicznych nadmorskich kurortach.
Dobrze zatem, że „imię” lokalizacji znalazło się w maksymalnie uproszczonej nazwie. W tej formie umożliwia ona bowiem promocję nie tylko obiektu, ale także miejsca jego położenia. 

Oczywiście podobny efekt przyniosłoby prawdopodobnie przyjęcie innych nazw, np. Koszalińska Fala, czy H2O Koszalin. Problem w tym, że basenów z falą i H2O w nazwie jest już w Polsce całkiem sporo. Nie wydaje się zatem zasadne powielanie tych, oryginalnych wydawałoby się pomysłów.

Warto też zwrócić uwagę, że przyjęcie wyłonionej w konkursie ogólnej, prostej nazwy pozwala na łatwe dokonanie jej zmiany. O ile oczywiście działanie takie okaże się w przyszłości z jakiś przyczyn konieczne. 




niedziela, 24 maja 2015

Cisza wyborcza – fenomen działający nieomal wyłącznie teoretycznie

Kampanie wyborcze w Polsce mają jasno określone ramy czasowe. Zaczynają się od momentu postanowienia prezydenta RP o zarządzeniu wyborów i kończą dwadzieścia cztery godziny przed dniem głosowania.

W praktyce kampanie trwają jednak przez cały czas. Niektórzy twierdzą nawet, że kolejna kampania zaczyna się w momencie ogłoszenia wyników dopiero co zakończonych wyborów. Jedynie intensyfikacja kampanii przypada na stosunkowo krótki okres przedwyborczy (stąd też pojęcia marketingu międzywyborczego i przedwyborczego).

Wspomniany powyżej moment zakończenia działań wyborczych na kilkanaście godzin przed dniem głosowania a chwilą zamknięcia ostatniego lokalu wyborczego nazywa się ciszą wyborczą. W tym czasie zabronione jest prowadzenie agitacji wyborczej pod jakąkolwiek postacią. Nie można organizować wieców politycznych i manifestacji.
W mediach nie mogą pojawiać się reklamy polityczne. Z audycji telewizyjnych i radiowych, także tych o charakterze informacyjnym, znikają politycy. Teksty prasowe nie zawierają jawnych wzmianek na ich temat.
W tym czasie zakazane jest także wieszanie nowych plakatów wyborczych i publikowanie sondaży. Wszystkie te zakazy obostrzone są karą grzywny.  

W założeniu okres ciszy wyborczej ma umożliwić obywatelom podjecie decyzji w atmosferze pozbawionej presji. Ma być momentem refleksji i zadumy przed ważnym, świadomym, autonomicznym aktem głosowania.

Problem w tym, że cisza wyborcza istnieje tylko teoretycznie. I obszar tej teoretyczności coraz bardziej się rozrasta. Wszystko za sprawą trwałych, głównie zewnętrznych nośników reklamy, oraz rozwoju nowych mediów (w tym przede wszystkim mediów społecznościowych).

Ważnym czynnikiem podważającym skuteczność ciszy wyborczej są także informacje odnośnie frekwencji wyborczej. Wpływają one przecież na decyzje o udziale w głosowaniu lub rezygnacji z tego prawa. O tym jednak na koniec.

Pomimo ciszy wyborczej wciąż atakowani jesteśmy wizerunkami kandydatów i hasłami namawiającymi do ich poparcia. Politycy „spoglądają” na nas nieomal z każdego billboardu, słupa ogłoszeniowego, czy mijanego płotu. O ile możliwe jest bowiem wyrugowanie reklam politycznych z tradycyjnych mediów (prasa, radio, telewizja, kino), o tyle trudniej usunąć te umieszczone na innych nośnikach, przede wszystkim zewnętrznych.

I te wszechobecne reklamy, nawet jeżeli nieszczególnie zwracamy na nie uwagę, wywierają na nas wymierny wpływ. Wyjaśniają to liczne modele i koncepcje, chociażby model płytkiego przetwarzania informacji Heatha.

Prawodawcy znaleźli jednak "rozwiązanie” tego problemu. Uznali, że zakazane jest wieszanie nowych plakatów, tak jakby wierzyli, że te stare nagle utraciły moc oddziaływania.

Oczywiście można przyjąć, że nowe bodźce wywołują silniejszy wpływ niż te, do których nasz system nerwowy zdążył się przyzwyczaić (ewolucyjnie wytworzony mechanizm wykrywania nowych elementów). Nie znaczy to jednak, że nie wywierają żadnego wpływu (ich wzrastającą siłę sygnalizuje nawet efekt czystej ekspozycji). A przecież nawet słabego wpływu cisza wyborcza z założenia nie dopuszcza.

Warto także zauważyć, że w okresie poprzedzającym moment głosowania wyborcy są najczęściej mobilni (nawet wyprawa do lokalu wyborczego zmusza do pewnej mobilności). Oznacza to, że mogą natknąć się na reklamy dla nich zupełnie nowe, lub na reklamy, które już widzieli w nowych miejscach i / lub nowych kontekstach. Te wówczas stanowią dla ich mózgu pewną nowość. I w ten sposób mogą silniej niż dotychczas oddziaływać.

Dodatkowo sam kontekst odbioru reklamy może zmieniać znaczenie komunikatu i wpływać na jego skuteczność. A takim kontekstem jest chociażby sama wyprawa do urny wyborczej. Analogicznie przecież podczas wyprawy do sklepu możemy pod wpływem dostrzeżonej reklamy zmodyfikować listę zakupów. Możemy nawet udać się do innego sklepu niż planowaliśmy. Czyli zrobić coś, czego wcześniej nawet nie dopuszczaliśmy.

W nowych mediach, podobnie jak świecie realnym, pełno komunikatów namawiających do głosowania na określonych aktorów politycznych. Posiadający konto FB widzą na profilach swoich znajomych wklejone ulotki wyborcze i zdjęcia kandydatów. Widzą też wpisy nakłaniające do głosowania na wymienione z imienia i nazwiska osoby lub na konkretne podmioty polityczne.

W okresie kampanijnym niektórzy posiadacze kont na FB w miejsce swojego zdjęcia profilowego wklejają zdjęcie popieranego przez siebie polityka, albo logo określonej partii.
Często można dostrzec w tym miejscu także komunikaty o jednoznacznej wymowie politycznej (negatywnej lub pozytywnej).  Takie, które mają na celu wywarcie presji na grupę znajomych.

Niektóre z nich mogą wyświetlić się odbiorcom po raz pierwszy dopiero w okresie ciszy wyborczej. O tym przecież co pojawia się na naszym ekranie decyduje w dużej mierze algorytm przyjęty przez serwis zarządzany przez Marka Zuckerberga. Ten obawiam się nie uwzględnia fenomenu polskiej ciszy wyborczej, albo uwzględnia go w umiarkowanym stopniu.

W okresie ciszy wyborczej zabronione jest publikowanie sondaży. Do momentu zamknięcia wyborów i ogłoszenia wyników exit polls nie mamy najmniejszego pojęcia odnośnie tego, kto w danej chwili jest liderem wyścigu. Nie wiemy też czy, i jak, z upływem kolejnym godzin zmienia się sytuacja.

Wiemy jednak jak licznie obywatele uczestniczyli w głosowaniu (wyniki frekwencji podawane są kilka razy na dobę). Dane te stanowić mogą pewną podpowiedź dla innych wyborców. Na ogół przecież przed samymi wyborami upubliczniane są informacje (symulacje) na temat tego, dla którego ugrupowania czy kandydata korzystniejsza jest niska, a dla którego wysoka frekwencja.

Można zatem mówić o aspekcie pośredniego wpływania na wynik. Oddziaływania być może znikomego, ale znaczącego w sytuacji niewielkich różnić społecznego poparcia dla konkurujących ze sobą aktorów politycznych.

Z tych też powodów być może warto byłoby ponownie przemyśleć kwestię ciszy wyborczej i zastanowić się nad sensownością jej utrzymywania. Ma ona oczywiście szereg zalet. Możemy odpocząć od polityki i zając się rzeczami z nią niezwiązanymi. Niemniej jednak nie zmienia to faktu, że podstawowe założenia ciszy wyborczej są w dużej mierze fikcją.