niedziela, 4 stycznia 2015

Koszalińskie MZK. Wpis drugi.

Drugi, zapewne ostatni wpis dotyczący koszalińskiego MZK, rozpocznę od dwóch fragmentów wypowiedzi pani redaktor Jolanty Stempowskiej. Mianowicie w dyskusji na facebook’owym profilu Jacka Wezgraja stwierdziła, że w dniu 2.01.2015, w którym to koszaliński przewoźnik „uczynił” z piątku sobotę (zmiana rozkładu jazdy na sobotni) była w pracy. W tym czasie Do nikogo dodzwonić się nie można było, bo ludzie mieli wolne. Na parkingu przy redakcji stały cztery auta na krzyż. Zadała w związku z tym pytanie o charakterze – jak rozumiem – retorycznym: odpowiedzmy sobie na pytanie: czy wolimy kursowanie pustych autobusów zgodnie z rozkładem dnia roboczego, czy też ich ograniczenie do niezbędnej ilości dnia świątecznego. 

Prawdopodobnie jak większość osób wolę ograniczenie ilości kursów do niezbędnego minimum, niż widok pustych, czyli nierentownych autobusów. Pytanie tylko, gdzie to niezbędne minimum przebiega? Dla osób poruszających się samochodem zapewne w pobliżu zera (chyba, ze im się auto zepsuje, wówczas chętnie uruchomiliby przynajmniej kilka superszybkich połączeń). Dla innych może to być znacznie większa liczba. Większa nawet niż ta, którą MZK realizuje w dni powszednie. Zwłaszcza jeżeli chodzi o kursy wieczorne.

Odnośnie zaś pierwszej części wypowiedzi, to postrzeganie aktywności zawodowej mieszkańców ponad stutysięcznego miasta i ich zapotrzebowania na usługi komunikacji miejskiej przez pryzmat wykonanych przez siebie telefonów, tudzież ilości aut przed redakcją może być mocno mylące. Zwłaszcza, że jakoś szczerze wątpię, aby telefony, które pani redaktor wykonywała w tym dniu były próbą łączenia się z pracownikami sklepów czy hal produkcyjnych korzystających lub mogących korzystać z usług MZK. Choć oczywiście tego nie wykluczam.
(Zanim przejdę do cen biletów od razu zaznaczę, że pani Stempowska w swoim kolejnym wpisie wyraźnie zaznaczyła, że jest za tym, aby autobusy jeździły tam, gdzie są pasażerowie, oraz, że sama dyskusja skłania ją do wniosku, że przydałaby /…/ się w mieście debata na temat funkcjonowania MZK).

Ceny biletów
W poprzednim wpisie zasygnalizowałem, że ceny biletów MZK w Koszalinie są zwyczajnie zbyt wysokie. I miałem na myśli przede wszystkim bilety jednorazowe, choć także ceny tych okresowych do najniższych nie należą. (W Krakowie bilet miesięczny na wszystkie linie autobusowe i tramwajowe w pierwszej strefie kosztuje 94 zł http://mpk.krakow.pl/pl/bilety2/cenniki-biletow-okresowych/, w Koszalinie 100 zł http://www.mzk.koszalin.pl/images/stories/galeria/wczoraj-dzis/2/Cennik_bilety_okresowe.jpg. Przy czym w Koszalinie jest piętnaście linii dziennych http://rj.mzk.koszalin.pl/rj/. W stolicy Małopolski pasażerowie mają do użytku dziewiętnaście linii tramwajowych dziennych i trzy nocne, oraz kilkadziesiąt linii autobusowych dziennych i kilka nocnych: http://mpk.krakow.pl/pl/page-f3044045/).

Stosunkowo wysoka cena biletów może być powodem rezygnacji wielu koszalinian z korzystania z usług przewoźnika, szczególnie tych, którzy mają do pokonania stosunkowo niewielki dystans. Podobnie może być z tymi, dla których fakt zaoszczędzenia kilku złotych ma jednak znaczenie. I zapewne liczba tych osób wzrasta nie tylko z nastaniem ciepłych dni, ale także z wprowadzeniem kolejnej podwyżki biletów (a przynajmniej sytuacja taka wydaje się bardziej prawdopodobna niż odwrotny scenariusz). Zwłaszcza, że ceny biletów mogły już dawno przekroczyć akceptowalny poziom.  
(Dla mnie poziom akceptowalny za bilet jednorazowy normalny w Koszalinie to 2.50 zł. Dla studentów, z którymi o tym rozmawiałem, było to około 2.00 zł).

Oczywiście, czy tak jest w rzeczywistości, mogą rozstrzygnąć tylko kompleksowe badania.
I powinny być one szybko przeprowadzone. Chyba, ze jedynym pomysłem na zapewnianie „rentowności” przedsiębiorstwa jest cykliczne podnoszenie cen usług. Ta droga prowadzi jednak w zasadzie donikąd (ewentualnie do utrzymania status quo). Pamiętać przecież trzeba o tym, że czynników odciągających ludzi od jazdy autobusami jest coraz więcej (niskie ceny samochodów, utrzymujące się na stosunkowo niskim pułapie cenowym usługi firm taksówkarskich, moda na poruszanie się rowerami po mieście, nowe ścieżki rowerowe, itp.).

Brak alternatywnych form biletów
Średnio jeżdżę autobusem od 2 do 4 razy dziennie. W większości przypadków pokonuję od 3 do 5 przystanków. Choć – jako umiarkowany miłośnik spacerów – zdarza mi się też jechać na krótszych dystansach. Zwłaszcza, gdy mam torbę pełną zakupów, czy innych ciężkich rzeczy. Co miesiąc udaję się na „peryferia” Koszalina (stacja benzynowa na pętli autobusowej przy ul. Władysława IV), gdzie zakupuję bilet miesięczny, lub, w okresie wakacyjnym, na ½ miesiąca. Wówczas zdarza się, że po tym jak straci on swoją ważność przez kilka dni jeżdżę na biletach jednorazowych. Najczęściej decyduję się wtedy na bilet 24 godzinny (cena 10.00 zł), ewentualnie rezygnuję z częstszej jazdy autobusem. Bilet za 2.90 uważam za zbyt drogi, aby opłacało mi się go zbyt często kupować.

Zapewne sytuacja byłaby nieco inna, gdyby pojawiły się inne bilety czasowe, na przykład 10, 25, 40/50 minutowe. Oczywiście w sensownej cenie (zaryzykuję: 1.80-2.00 zł za 10 minut, 2.10-2.30 za 25 minut, i jakieś 3.00 zł za 40/50 minut). Mogłyby też pojawić się bilety 48 godzinne, 72 godzinne i tygodniowe. Wówczas i ja i MZK byłoby zadowolone. Ja bo nie musiałbym zbyt wiele chodzić, MZK ponieważ na mnie zarabia.

Co więcej – trzy ostatnie wymienione formy biletów byłyby także przydatne w momencie, kiedy odwiedzają mnie w wakacje znajomi. Dotychczas zostawali u mnie najczęściej na kilka dni. Zatem na pewno jeden z takich biletów bym im zakupił, albo zaproponował jego kupno. Przy obecnych cenach za usługi MZK raczej tak jak dotychczas korzystalibyśmy z taksówek lub po prostu przemieszczali się pieszo.

Myślę też, że sensownym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie możliwości zakupu biletów wielomiesięcznych (dla studentów są przecież bilety kwartalne). Sam nawet wolałbym kupić bilet ważny przynajmniej dwa miesiące, niż co jakieś 30 dni odwiedzać należącą do MZK stację benzynową. Pod kątem zaś studentów zaocznych (choć nie tylko) można byłoby pomyśleć o wprowadzeniu biletów weekendowych (ważnych od piątku godz. 14.00 do północy w niedzielę).

Pozostając jeszcze przy temacie zróżnicowania form biletów nie ukrywam, że dziwi mnie brak w ofercie koszalińskiego przewoźnika tzw. biletów rodzinnych i grupowych. Zwłaszcza przy ambicjach miasta by stać się miejscem atrakcyjnym turystycznie.

Być może warto byłoby także pomyśleć o sezonowych biletach zintegrowanych, obejmujących przejazdy w danym dniu szynobusem łączącym Mielno z Koszalinem, przeprawę Koszałkiem i przejazdy autobusami MZK. Dla osób odpoczywających w Mielnie / Unieściu mogłaby to być atrakcyjna oferta. Zwłaszcza przy tworzących się w wakacje korkach na drodze łączącej obie miejscowości. 

Automaty biletowe i karty elektroniczne
Kiedy kupuję bilet miesięczny dostaję do ręki kawałek papieru o wymiarach ok. 5 cm na 7 cm z hologramem. Sprzedawca zaznacza na nim daty ważności (od – do), ja zaś wpisuję na bilecie numer swojej legitymacji (bez wpisanego numeru bilet jest nieważny). Dostaję także potwierdzenie dokonania transakcji. Niestety, jeżeli zgubię bilet, szansa na otrzymanie duplikatu nie istnieje. Nie są one bowiem ewidencjonowane w taki sposób, który taką procedurę by umożliwiał (a przynajmniej taką informację uzyskałem od sprzedawcy). W związku z tym po dwukrotnym już zgubieniu „poprzednika” obecnego biletu (tamten bilet był wielkości znaczka pocztowego), teraz staram się być bardzo uważny.

Rozwiązaniem tego typu sytuacji byłyby imienne karty elektroniczne. Podobne, lub takie same, jakie można spotkać w wielu innych aglomeracjach. Naprawdę ułatwiają one pasażerom życie. Szczególnie, gdy mogą je doładować w automatach biletowych wystawionych w dogodnych punktach miasta, najczęściej na przystankach.
Być może tego typu automaty powinny się też znaleźć w autobusach. Odciążyłoby to kierowców, pozwalając skupić im się na drodze, a nie na wydawaniu drobnych. 

Na zakończenie linia nocna i bezpłatna komunikacja miejska
Pamiętam triumf osób, które doprowadziły do ponownego uruchomienia linii nocnej w Koszalinie. Obecnie po tego typu kursach nie ma już nawet śladu. Okazały się nierentowne. Zastanawiam się na ile miało na to wpływ stosunkowo mało rozbudowane życie nocne Koszalina czy źle rozplanowana linia, na ile zaś dość wysoka cena biletu: 5.80 zł za bilet normalny. Przy założeniu bowiem, że taksówką będą wracały cztery osoby, to niezależnie, w którym miejscu Koszalina mieszkają, ich kurs nie powinien kwoty 23.20 zł przekroczyć. Mogą się nawet poodwozić. 
Być może od początku powinno się zresztą przyjąć, że tego typu autobus powinien kursować wyłącznie w piątkowe i sobotnie noce. I nie co godzinę, lecz na przykład dwa razy w ciągu nocy (np. o godz. 0.00 i 2.00). Wówczas trzy czy cztery autobusy rozwoziłyby pasażerów spod Rynku Staromiejskiego lub dworca PKP / PKS w wybrane miejsca Koszalina. Za cenę taką samą jak ta, która obowiązuje w komunikacji dziennej, lub niewiele wyższą. Ostatecznie planowane ożywienie centrum miasta wymaga pewnych działań / kosztów.

W dopiero co zakończonej kampanii wyborczej dużo uwagi poświęcano funkcjonowaniu komunikacji miejskiej w Koszalinie. Zwłaszcza za sprawą Stowarzyszenia Lepszy Koszalin oraz koszalińskiego Prawa i Sprawiedliwości. Oba te podmioty szły do wyborów z hasłem wprowadzenia darmowej komunikacji miejskiej. Ostatecznie, ze względu na zwycięstwo Platformy Obywatelskiej, projekt ten musi poczekać przynajmniej do kolejnych wyborów.
W moim odczuciu pomysł darmowych przejazdów, choć ciekawy, jest jednak chybiony. Z dwóch powodów. Po pierwsze jego wprowadzenie oznaczałoby konieczność przekazywania przedsiębiorstwu kolejnych milionów z budżetu miasta. Z budżetu, który i tak jest już poważnie obciążony.
Po drugie miejski przewoźnik powinien mieć w mojej opinii ekonomiczny bodziec wymuszający rozwój. Inaczej mówiąc bałbym się, że pełne sponsorowanie tego typ organizmu negatywnie wpłynie na jakość świadczonych przez niego usług. 

sobota, 3 stycznia 2015

Kiedy piątek jest sobotą, czyli koszalińskie MZK

Podczas zeszłorocznych świąt Bożego Narodzenia, koszaliński transport miejski dość bezwzględnie mnie zaskoczył. Oto w okresie, w którym ludzie odwiedzają rodziny i znajomych, przewoźnik zawiesił swoją działalność (jak pamiętam od godz. 17.00 w dniu Wigilii, do godz. 14.00 drugiego dnia świąt). Pozostał mi zatem spacer, albo, w przypadku dłuższych dystansów, korzystanie z taksówki. Podobnie musiały zapewne uczynić osoby starsze, czy rodziny z dziećmi. Chyba, że osoby te posiadały samochód.

W tym roku sytuacja się powtórzyła. W związku z tym w przeciągu kilkunastu godzin przestoju pracy MZK musiałem wydać kilkadziesiąt złotych na taksówki. Sytuacja moim zdaniem nieco skandaliczna. Zwłaszcza, że posiadam bilet okresowy, którego cena nie uległa w tym miesiącu obniżeniu. A moim zdaniem powinna. Ostatecznie przecież przewoźnik przez cześć czasu, za który zapłaciłem, nie wykonywał swojej usługi.

Nie zabrałbym się jednak za pisanie tego tekstu (ostatecznie święta to okres wyjątkowy, a kierowcy i pracownicy MZK też mają swoje rodziny), gdyby nie pewne zdarzenie. Mianowicie wczoraj, czyli 2 stycznia spędziłem z pewną miłą, starszą panią jakieś 20 minut na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Oczekiwaniu jak się okazało zupełnie bezsensownym.

Oboje spodziewaliśmy się bowiem, że skoro jest piątek, to zgodnie z rozkładem jazdy obowiązującym w dni powszednie autobus za chwilę przyjedzie (przed wyjściem z domu sprawdziłem godziny kursowania autobusów na stronie MZK, aby nie marznąc niepotrzebnie na przystanku). 

Po dziesięciu minutach oczekiwania (było już jakieś 6 minut po czasie, w którym autobus powinien się pojawić), dotarło do nas, że coś jest jednak nie tak. Zaczęliśmy zatem rozglądać się za jakimś ogłoszeniem o zmianach w zasadach kursowania autobusów. Niczego takiego na wiacie przystankowej nie znaleźliśmy. 

Skorzystałem zatem z Internetu w telefonie. Na rozkładzie linii nr 4 (9http://rj.mzk.koszalin.pl/rj/?linia=4&kierunek=A&przystanek=113), żadnej informacji o zmianach nie było. Na wszelki wypadek wszedłem jeszcze na stronę główną MZK (http://www.mzk.koszalin.pl/). I tam znalazłem komunikat, że dla większości linii Miejskiego Zakładu Komunikacji w Koszalinie piątek 2 stycznia 2015 roku jest… sobotą (poza autobusami linii nr 3 i 9, które w tym dniu kursowały jak w dni powszednie).

Nie pozostało mi zatem nic innego jak powiedzieć oburzonej pani do widzenia i powędrować w kierunku pętli autobusowej przy ul. Władysława IV. I tam, jak co miesiąc do kilku już lat, nabyć kolejny bilet okresowy MZK.(Z tego też powodu roszczę sobie prawo do oceny usług przewoźnika). 

Dwudziesto kilku minutowy spacer pozwolił mi zaoszczędzić 2.90 zł (1.01.2015 skończyła się ważność mojego biletu miesięcznego). Wolałbym jednak te pieniądze wydać na bilet (pomimo jego zbyt wysokiej ceny, o której to między innymi kwestii w kolejnym wpisie dotyczącym koszalińskiego MZK). Zwłaszcza, że aura do przechadzek nie zachęcała. 
Niestety zarząd MZK uniemożliwił mi poniesienie tego wydatku. Nie po raz pierwszy zresztą.

sobota, 27 grudnia 2014

Terlikowski na wigilię, czyli może dobrze, że zwierzęta nie potrafią czytać

W świątecznym wydaniu Rzeczpospolitej ukazał się artykuł Tomasza Terlikowskiego Zwierzęta, nawet w Wigilię, praw nie mają (dostępny pod adresem internetowym: http://www.rp.pl/artykul/1167095-Zwierzeta--nawet-w-Wigilie--praw-nie-maja.html)
W tekście dzieli się on swoimi refleksjami na temat zwierząt i tego, jak powinny być one traktowane. Spostrzeżeniami wynikającymi jakoby z doktryny chrześcijańskiej.
(Piszę wynikającymi jakoby z doktryny chrześcijańskiej, nie dlatego, aby Terlikowskiego obrazić. Po prostu moja wiedza uniemożliwia mi weryfikację zamieszczonych w tekście stwierdzeń pod kątem ich zgodności z nauką kościoła. Ze względu jednak na fakt, że przemyślenia obecnego szefa Telewizji Republika nierzadko poddawane były krytyce przez księży i teologów, pozwolę sobie nie traktować ich jako dogmatycznych).

Czego z tekstu się dowiedziałem? Po pierwsze tego, że zgodnie z zapisami Księgi Rodzaju zwierzęta nie są równe człowiekowi. W związku z tym nie mają one i nie powinny mieć praw, które człowiek (chrześcijanin) powinien respektować. Oznacza to, że zwierzęta mogą być wykorzystywane chociażby do eksperymentów naukowych. Mogą być także zabijane w taki sposób, jaki dany system religijny przewidział jako najwłaściwszy (ubój rytualny).
Po drugie, że cierpienia zwierząt różnią się od ludzkich, bo pozbawione są (ich cierpienia) samoświadomości i poczucia przyszłości, cech przynależnych istotom ludzkim.
Po trzecie, że uznanie, iż zwierzętom jednak jakieś prawa przysługują i że nie można przekładać interesów ludzi nad interesy innych stworzeń wynika z odrzucenia istnienia Boga, a także wiary w pochodzenia człowieka od Stworzyciela. Ateizm, materializm, ewolucjonizm pozbawione odniesienia do Stwórcy świata czy teistycznej antropologii sprawiają, że człowiek przestaje postrzegać siebie jako kogoś wyższego niż zwierzęta.
Po czwarte, że istnieje związek pomiędzy poszanowaniem praw zwierząt a akceptacją dla wielu różnych rzeczy, typu antykoncepcja, aborcja czy eksperymentów na nienarodzonych istotach ludzkich.
Po piąte, że przyczyn stanu, w którym ludzie przestają patrzeć na świat „antropocentrycznie” (świat i zwierzęta w służbie rodzaju ludzkiego), można szukać w budowanym od XVIII wieku micie przeludnienia i polityce kontroli urodzin. Polityce, która pozbawiła człowieka tak potrzebnych mu relacji z innymi ludźmi. To zaś w konsekwencji skutkuje szukaniem substytutów i przenoszeniem uczuć na zwierzęta.

Czyń ziemię sobie poddaną
Argument o wyższości człowieka nad zwierzętami wywiedziony z biblijnej historii stworzenia mnie nie przekonuje. Z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że zapisy poczynione kilkadziesiąt wieków temu w sposób naturalny stanowią odzwierciedlenie pewnej wizji świata, którą obecnie trudno uznać za aktualną (niezależnie, czy jest to tekst natchniony, czy tylko pewna wizja literacka). A przynajmniej ja jej za aktualną uznać nie potrafię.
Po drugie ponieważ tego typu nastawienie prowadziło, i wciąż prowadzi, do bardzo nieracjonalnego wykorzystywania tego wszystkiego, co Ziemia nam oferuje. A negatywne skutki takiego podejścia coraz częściej odczuwamy także my, ludzie.

Czy to oznacza, że traktuję zwierzęta jako równe człowiekowi? Nie. Niemniej jednak uważam, że powinny one mieć pewne, określone prawa. Prawa ustanowione przez człowieka i przez niego przestrzegane. Zwierzęta jako istoty czujące / myślące zwyczajnie na to zasługują.
Podstawowym prawem czy wymogiem powinno być właściwe ich traktowanie. Takie, które zapewni im określony komfort i / lub ograniczy do minimum ich cierpienie. To ostatnie jest przecież zwyczajnie zbędne.

Oznacza to między innymi uważne przyglądanie się temu, co ze zwierzętami robią naukowcy. Nie może być tak, że w imię nauki dopuszcza się takie bestialstwa jak wiwisekcje, przecinanie strun głosowych, czy powtórne doświadczenia na tych samych zwierzętach (cześć z tych zjawisk dopuszcza najnowsza rządowa ustawa o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,16875476,Przecinanie_strun_glosowych__bol__wielokrotne_eksperymenty_.html) .

Podobnie rzecz ma się w odniesieniu do hodowli przemysłowych. Stłoczone, tuczone, faszerowane antybiotykami i hormonami zwierzęta trafiające po kilku miesiącach do rzeźni a potem na nasze stoły to fatalna reklama kondycji ludzkiej. Chyba, że ktoś podziela starotestamentową wizję „poddaństwa”.

Nie potrafię także podzielić opinii Terlikowskiego odnośnie uboju rytualnego. W religii, która zezwala na bezsensowne cierpienia zwierząt znika dla mnie zwyczajnie dobro. Dlatego przy całym oddaniu dla wolności religii uważam, że ubój rytualny również powinien być zabroniony. Polska zaś pomimo opinii Trybunału Konstytucyjnego (http://wyborcza.pl/1,75478,17106014,TK__Zakaz_uboju_rytualnego_niezgodny_z_konstytucja.html) powinna pozostać w gronie krajów, które ten zakaz wprowadziły i go przestrzegają (http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,15473407,Dania_zakazuje_uboju_rytualnego___Prawa_zwierzat_sa.html#TRrelSST).

Cierpienie zwierząt
Szczerze mówiąc nie wiem jak cierpią zwierzęta. Nie wiem nawet tak naprawdę, jak cierpią inni ludzie. Mogę to sobie jedynie wyobrażać bazując na własnych doświadczeniach.
Dlatego nie przemawia do mnie argument, że zwierzęta cierpią inaczej / mniej, bo nie mają samoświadomości, tudzież wizji przyszłości. Zwłaszcza, że niektóre gatunki zwierząt jakąś formę samoświadomości przecież posiadają. Dowodzi tego chociażby pozytywne "zaliczenie" przez nie testu lustra (http://www.eduscience.pl/artyku%C5%82y/niewiele-gatunk%C3%B3w-zwierz%C4%85t-zda%C5%82o-tzw-test-lustra). 

Zgoda na przyznanie praw zwierząt = odrzucenie Boga
Kolejna teza Terlikowskiego, z którą mam poważny problem. Znam przecież wiele osób, wierzących, które jednocześnie uważają, że człowiek powinien uwzględniać w swoich poczynaniach dobro innych stworzeń. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od zwierząt ma możliwość, aby to czynić.
Co więcej – ośmielę się stwierdzić – że w tym właśnie elemencie wiele z tych osób dostrzega przejaw swojej religijności. Postawy, która wiąże się dla nich z właściwym traktowaniem zarówno ludzi jak i zwierząt.

Prawa zwierząt kontra prawa ludzkie
Wywód Terlikowskiego odnośnie związku pomiędzy dbałością o przestrzeganie praw zwierząt a nadużyciami wobec ludzi wydaje mi się zwyczajnie nieuzasadniony. Nie ma w nim żadnych dowodów, poza emocjonalnymi sformułowaniami Nowymi „królikami doświadczalnymi", które zastąpiłyby myszy, szczury czy właśnie króliki, mieliby się stać ludzie na wczesnym etapie rozwoju, nazywani czasem dla niepoznaki zarodkami czy płodami.
Trudno zatem traktować go poważnie.  Co oczywiście nie oznacza, że nie ma osób, które tego typu rozwiązań by nie zaakceptowały. Podejrzewam jednak, że stanowią one zdecydowany margines.

"Mit" przeludnienia
Rzeczywiście wielu ekologów zabiega o to, aby w społeczeństwie wzrastała świadomość skutków, jakie dla świata niesie niekontrolowany przyrost naturalny. Zwłaszcza, że Ziemia nie jest  planetą o nieograniczonym potencjale (http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Alad_ekologiczny). I warto o tym pamiętać, chociażby po to, aby zmieniać metody w jaki ludzkość zasoby naturalne eksploatuje / wykorzystuje.
Czy jednak rzeczywiście ten "mit" przeludnienia oraz polityka ograniczania przyrostu naturalnego (polityka kontroli urodzin) stoją u podstaw odejścia ludzkości od wizji „antropocentrycznej”. Myślę, że to bardzo uproszczona diagnoza.




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bloger zły, łatwy język i świat newsów w TV Max

Kilka dni temu, podczas dziesiątej, jubileuszowej konferencji Studenckiego Koła Naukowego Futura, jedna z zaproszonych prelegentek, dziennikarka lokalnej stacji telewizyjnej wygłosiła trzy - w moim przekonaniu - dość kontrowersyjne opinie. Dwie z nich dotyczyły języka, czyli materii, której spotkanie w całości dotyczyło. Trzecia odnosiła się do konstrukcji przekazu informacyjnego, określanego pojęciem newsa.
Poniżej pozwoliłem sobie na krótkie odniesienie do każdego z tych stwierdzeń. Zwyczajnie na to zasługują.

Dobry dziennikarz – zły bloger
Dziennikarka ewidentnie nie lubi świata blogerów. Po raz kolejny bowiem wyraziła swoją negatywną ocenę o tym fenomenie. O ile jednak w swoim poprzednim wystąpieniu (podczas IV Ogólnopolskiej Konferencji Media – Komunikacja – Edukacja) podważała profesjonalizm blogerów (więcej o tym: http://www.blog.mediafun.pl/koszalin-media-komunikacja-edukacja-trwa-konferencja-na-goraco/), tym razem zakwestionowała ich prawo do bycia wzorcem w obszarze języka.

Mówiąc szczerze, że nie bardzo potrafię zrozumieć tą niechęć dziennikarki do blogosfery. Mam także kłopot z akceptacją jej z taką pewnością wygłaszanych stwierdzeń. Przede wszystkim ze względu na fakt, że znam przynajmniej kilka blogów, które uważam za warte przynajmniej śledzenia. Zamieszczane tam teksty są aktualne, refleksje pogłębione, przemyślenia mądre. A co ważniejsze – opublikowane tam artykuły nierzadko znaczenie wykraczają poziomem ponad ten, który można dostrzec w różnego typu tradycyjnych mediach. Także w warstwie językowej.

Warto także zauważyć, że istnieją blogi prowadzone przez specjalistów w dziedzinie języka. Jeden z nich należy chociażby do prof. Jerzego Bralczyka (http://jerzybralczyk.bloog.pl/). Celem tego typu blogów jest przede wszystkim podnoszenie kompetencji językowych Polaków. I patrząc na reakcje, jakie u czytelników wywołują, spokojnie można stwierdzić, że rolę tę wypełniają znakomicie.

Oczywiście to co powyżej napisałem nie oznacza, że nie ma złych, nieciekawych czy nudnych blogów. Jest ich wiele. Być może nawet stanowią większość. Nie znaczy to jednak, że z tego powodu można pozwolić sobie na deprecjonowanie całości zjawiska.

Ocena trudności języka polskiego
Zdaniem dziennikarki nasz rodzimy język jest językiem łatwym (a przynajmniej takie stwierdzenie w jej wypowiedzi się pojawiło). Nie ukrywam, że nieco mnie ta ocena zaskoczyła. Zawsze wydawało mi się, że nasz język ze względu na swoją gramatykę należy raczej do grupy tych trudniejszych. O ile oczywiście w ogóle można stworzyć ranking języków trudnych i łatwych (http://swiatjezykow.blogspot.com/2011/04/najtrudniejszy-jezyk-swiata.html).

W kontekście opinii dziennikarki interesująca wydaje się informacja o tym, że kilka lat temu jeden z blogerów (Mark Biernat) uznał język polski za najtrudniejszy do opanowania przez obcokrajowców. Według niego jednym z dowodów na poparcie tej tezy jest fakt, że o ile przeciętny Anglik uzyskuje biegłość (płynność) w posługiwaniu się swoim rodowitym językiem w wieku dwunastu lat, przeciętny Polak potrzebuje na to cztery lata więcej (patrz: http://claritaslux.com/blog/the-hardest-language-to-learn/).

Oczywiście opinia blogera wywołała ostrą dyskusję i miała wielu krytyków. Przykładowo na stronie internetowej natemat.pl można przeczytać tekst Michała Fala, w którym poddaje on w wątpliwość teorię Biernata (http://natemat.pl/76329,polski-najtrudniejszym-jezykiem-swiata-bez-przesady-ale-latwo-nie-jest-pytamy-lektorow-pracujacych-z-obcokrajowcami). 
W artykule przytacza on przede wszystkim wypowiedzi uczących obcokrajowców lektorów języka polskiego. Żaden z nich nie określił języka polskiego mianem najtrudniejszego. Jednocześnie żaden z nich nie stwierdził, iż należy on do języków łatwych. Prawdopodobnie dlatego, że mają oni pełną świadomość trudności, jakie jego nauka sprawia cudzoziemcom. Świadomość, która rodzimym jego użytkownikom może czasem gdzieś zwyczajnie umykać.

News w TVN kontra news w TV MAX
Poza kwestią opinii o blogerach i języku jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, co prelegentka powiedziała podczas dyskusji zamykającej konferencję. Mianowicie stwierdziła, że choć pracowała w telewizji TVN to prawdziwe newsy nauczyła się robić dopiero w Telewizji Kablowej Max. Dodała także, że ta ogólnopolska stacja zyskałaby, gdyby w tej materii naśladowała koszalińską stację telewizyjną.

W moim odczuciu jest to bardzo odważna teza, niestety nie poparta żadnym sensownym argumentem. Trudno przecież za taki argument traktować długość czasu, który jakiemuś tematowi dana stacja gotowa jest poświęcić. Czas bowiem w przypadku newsu ma znaczenie, ale nie tyle w aspekcie długości prezentowanego materiału, co przede wszystkim jego aktualności i szybkości upublicznienia (według Andrew Boyda news jest doniesieniem, z tego, co się dzieje teraz).  A w tej materii ogólnopolska stacja jednak zdecydowanie góruje nad lokalną telewizją kablową.

Zresztą jeżeli przeanalizujemy także inne wyznaczniki newsów, czyli chociażby aspekt wywoływania przez nie rezonansu społecznego to trudno mówić o tym, aby Telewizja Max była konkurentem dla TVN. Nawet przy uwzględnieniu różnicy skali. Podobnie zresztą w kwestii atrakcyjności przekazu, czy przyciągania uwagi odbiorców.


Można oczywiście zastanawiać się na ile wzorce zarządzanej przez Markusa Tellenbacha telewizji są najwłaściwsze i najbardziej godne naśladowania (infotainment). To samo jednak pytanie można odnieść do tak wychwalanej przez prelegentkę stacji. 

piątek, 19 grudnia 2014

Koszalin oczami studentów. Cześć III. Koszalin pełnia życia?

Miasta, regiony czy kraje funkcjonują na rynku analogiczne jak marki komercyjne. Starają się wyróżnić i przekonywać do siebie potencjalnych mieszkańców, inwestorów czy turystów. Jeżeli tego nie robią to ich inercja jest bezwzględnie wykorzystywana przez konkurencję. Ostatecznie walka toczy się o wysoką stawkę.

Obecnie jednym z elementów stosowanych przy tego typu współzawodnictwie jest hasło promocyjne. Slogan, który pozwala na skuteczne pozycjonowanie nazwy jednostki, budując w umyśle odbiorcy właściwe z nią skojarzenia. Proces analogiczny do tego, jaki odbywa się w przypadku produktów z innych branż.

Uniwersalnego przepisu na tworzenie hasła promocyjnego jednostek terytorialnych w zasadzie nie ma. Przyjmuje się jednak, że powinno ono być krótkie, maksymalnie trzy- lub czterowyrazowe (Klimatyczny Kołobrzeg; Ełk. Tu wracam; Świnoujście. Kraina 44 wysp). Dłuższe wymaga od odbiorcy większego wysiłku, a w przekazie reklamowym stawia się raczej na łatwość i szybkość przetwarzania informacji. Stąd hasła Radomska (Radomsko – otwarte miasto od 1266 roku), czy Kalisza (Kalisz – młode duchem najstarsze miasto w Polsce) trudno uznać za udane. 
(Nie znaczy to oczywiście, że nie ma dobrych dłuższych sloganów. Takim jest chociażby hasło turystyczne Malborka <<Malbork – jeden dzień to za mało!>> podkreślające powody, dla którego warto na dłużej zatrzymać się w tej miejscowości).

Hasło promocyjne powinno odzwierciedlać to, czym dana jednostka jest (Sopot - Kurort pełen życia), lub to, z czym chciałaby być kojarzona (Lublin. Miasto inspiracji; Międzyzdroje miasto gwiazd!). Powinno także budzić pozytywne emocje u odbiorcy (Magiczny Kraków; Gdynia – Moje miasto!).
W celu zaś zapewnienia silniejszego efektu różnicującego może w nim „uchwycić” jakiś atrybut, który wyróżnia daną jednostkę i czyni ją jedyną w swoim rodzaju (coś na kształt tzw. unikatowego twierdzenia sprzedażowego). Przykładem takiego rozwiązania może być chociażby slogan Zakopanego (Zakopane - najbliżej Tatr), czy Karpacza (Karpacz - miasto pod Śnieżką).

Koszalin od 2009 roku pozycjonuje się hasłem Koszalin pełnia życia. Slogan ciekawy, ale nigdy nie poddany szczegółowej analizie czy weryfikacji. Stąd też w ankiecie przeprowadzonej przeze mnie na grupie stu studentów Politechniki Koszalińskiej znalazło się pytanie: Czy hasło Koszalin pełnia życia oddaje istotę / charakter miasta? Uznałem bowiem, że ciekawe będzie skonfrontowanie wypływającej z hasła wizji miasta z oceną dokonaną przez przedstawicieli jednej z ważniejszych dla jego funkcjonowania grup społecznych. Konfrontacji dokonanej po pięciu latach używania sloganu w działaniach promocyjnych Koszalina.

Osoby poddane ankietyzacji miały do wyboru pięć odpowiedzi: a. zgadzam się, b. raczej się zgadzam, c. nie potrafię powiedzieć, d. raczej się nie zgadzam, e. nie zgadzam się.
Spośród dziewięćdziesięciu dziewięciu osób, które udzieliły na to pytanie odpowiedzi pięć wybrało odpowiedź „a”. Dziewiętnaście opowiedziało się za odpowiedzią „b”. Dwadzieścia osiem osób zakreśliło odpowiedź „c”. Trzydzieści cztery osoby wybrały odpowiedź „d”, a trzynaście odpowiedź „e”. Przy czym dwie osoby z tych, które zakreśliły odpowiedź negatywną pozwoliły sobie na dodatkowy komentarz. Pierwsza napisała, że Koszalin nie kojarzy mi się z pełnia życia wręcz przeciwnie. Druga wzmocniła swój wybór słowem absolutnie ze znakiem wykrzyknika.

Ankieta przyniosła zatem dość niepokojące wyniki. Na kilka miesięcy przed końcem obowiązywania strategii promocji miasta Koszalina zaledwie pięć procent z setki przebadanych studentów zgodziło się z tym, że jej hasło oddaje istotę / charakter miasta. I nawet gdy do tej grupy dodamy tych, którzy raczej się zgodzili na jego adekwatność, to i tak liczba ta wciąż nie przekracza nawet dwudziestu pięciu procent.

O czym to może świadczyć? W moim przekonaniu jedynie o dwóch rzeczach, czy ewentualnościach. Pierwsza to nieumiejętne wprowadzanie samego hasła. Inaczej mówiąc błędy na etapie realizacji strategii. Druga to niezgodność hasła z rzeczywistością, lub zbyt duży rozdźwięk pomiędzy treścią, które slogan miał zakomunikować a rzeczywistością, do której się odnosił.

Gdybym miał z tych dwóch opcji wybrać bardziej prawdopodobną, czy zgodną z prawdą, to zdecydowanie bardziej skłaniałbym się do hipotezy o niezgodności pomiędzy treścią hasła a rzeczywistością, do której się odnosi. Aby jednak móc to z cała pewnością stwierdzić powinny zostać przeprowadzone znacznie bardziej rozbudowane badania.   

środa, 17 grudnia 2014

Koszalin oczami studentów. Cześć II. Miasto studenckie?

W dyskusjach odnośnie Koszalina nierzadko pojawia się kontekst miasta studenckiego. Według niektórych miasto wpisuje się w te kategorię. Ich argumentacja najczęściej sprowadza się jednak do aspektu ilościowego. Dowodzą, że skoro liczba żaków w mieście przekracza dziesięć procent jego mieszkańców to zasadne jest mówienie o mieście studenckim. Z kolei przeciwnicy takiego klasyfikowania Koszalina uważają, że w tym kontekście liczby nie mają żadnego znaczenia. Dla nich ważne są inne aspekty. Przede wszystkim te związane z kulturą studencką. A tej – jak dowodzą – w Koszalinie praktycznie nie ma.

W rozmowach z różnymi ludźmi, które na ten temat przeprowadziłem dostrzegłem pewną prawidłowość. Osoby, które studiują lub studiowały w Koszalinie częściej postrzegały miasto właśnie przez pryzmat tej kategorii. Z kolei te uczące się (teraz lub w przeszłości) w dużych ośrodkach akademickich, takich jak Poznań, Wrocław czy Kraków raczej z tezą o studenckim charakterze miasta przynajmniej polemizowały.

W moim przekonaniu ta różnica opinii może wynikać z kilku przyczyn. Pierwsza to brak porównania. I mówię tu bardziej o osobach studiujących w Koszalinie, niż tych uczących się w dużych ośrodkach akademickich. Ci przecież najczęściej poznali obie rzeczywistości. Druga przyczyna to pewne wykrzywienie perspektywy związane z przebywaniem w określonym środowisku. (Fakt przebywania w grupie studenckiej musi w jakimś stopniu determinować postrzeganie otaczającej rzeczywistości jako studenckiej właśnie). Trzecia to pewna nobliwość kategorii „miasto studenckie”, mogąca sprawiać, że niektóre osoby chciałyby się w tym kręgu umieścić, lub też w tym kręgu chciałyby widzieć swoją przeszłość / młodość.

Sami przebadani przeze mnie studenci byli w tej kwestii podzieleni. Na pytanie czy Koszalin jest miastem studenckim pięćdziesięciu trzech z nich odpowiedziało, że tak. Trzydziestu siedmiu dało negatywną odpowiedź. Pozostałe dziesięć osób uznało, że „nie potrafi powiedzieć”. Mamy zatem pewną nieznaczna przewagę opinii potwierdzających studencki charakter miasta. 

Podobny wynik (ponad pięćdziesiąt procent odpowiedzi twierdzących) dała analiza odpowiedzi uwzględniająca pochodzenie respondentów. 
Spośród czterdziestu jeden osób z Koszalina dwadzieścia dwie oceniło swoje miasto jako studenckie (ponad 50%). Czternaście było przeciwnego zdania a pięć nie potrafiło wiążąco odpowiedzieć.  Spośród pięćdziesięciu ośmiu osób pochodzących z innych miejscowości trzydzieści uznało miasto za akademickie (także ponad 50%). Dwadzieścia trzy z tą opinią się nie zgodziło. Pozostałe pięć nie potrafiło w tej kwestii dokonać wyboru. (Jedna z osób, która „optowała” za Koszalinem jako miastem studenckim nie wypełniła metryczki stąd wynik nie sumuje się do stu).

Czy wyniki te świadczą zatem o tym, że Koszalin rzeczywiście jest miastem studenckim? (Przynajmniej w oczach samych studentów). Trudno odpowiedzieć. I to niezależnie od tego na ile reprezentatywna, czy raczej niereprezentatywna była przebadana grupa. 

środa, 10 grudnia 2014

A propos pewnego ciasteczka

Właśnie jestem po lekturze artykułu Joanny Krężelewskiej dotyczącego nowego Pomorskiego Produktu Markowego – ciasteczka o nazwie Jantarek (http://www.gk24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20141209/TURYSTYCZNEPERLYPOMORZA1103/141209566, 9.12.2014). 
W założeniu pomysłodawców produkt ten ma się stać słodkim symbolem miasta. Podobnie jak ma się rzecz z toruńskimi piernikami, wadowickimi kremówkami, czy poznańskim rogalem świętomarcińskim.
Mamy zatem do czynienia z projektem niezwykle ambitnym. Stworzenie marki cukierniczej, która rozsławiać będzie Koszalin. Czy jest na to szansa? Trudno w tym momencie na to pytanie wiążąco odpowiedzieć. Pozwolę sobie jednak pozostać sceptyczny wobec tak szeroko zakrojonych planów. Poniżej zaś wyjaśniam dlaczego.

Jantarek w świecie cukierniczych marek
Plany wobec Jantarka są poważne. Świadczy o tym najlepiej kontekst w jakim się go umieszcza. Oto przecież nieznany, przez niewielu spróbowany produkt już na starcie zestawiany jest z trzema potężnymi markami. Dwie z nich (pierniki toruńskie i rogal świętomarciński) siłę swoją czerpią z wieloletniej, czy nawet – jak w przypadku wyrobu toruńskich cukierników – wielowiekowej tradycji. Trzecia zaś zawdzięcza swoją sławę przede wszystkim papieżowi Janowi Pawłowi II. Za Janarkiem w tym zestawieniu nie przemawia praktycznie nic. Poza wyrażanymi wprost ambicjami jego twórców. Chcemy, by tak jak poznaniacy na świętego Marcina zajadają się rogalami, tak koszalinianie 24 czerwca, w imieniny patrona miasta, świętego Jana, kosztowali właśnie Jantarki - mówi Grzegorz Kruk. - Chcemy, by goście z innych miast wiedzieli o Jantarku i na Jantarka również przyjeżdżali.
Niestety ambicje, choć ważne, nie gwarantują jeszcze sukcesu. Zwłaszcza w czasach tak wysokokonkurencyjnych i złożonych jak obecne. Z tego też powodu korzystniejsze dla produktu byłoby – przynajmniej na początku – umieszczanie go w nieco bardziej adekwatnym towarzystwie. I przede wszystkim skupieniu się na przekonaniu do niego koszalinian – potencjalnych ambasadorów marki. Inaczej sztucznie nadmuchany balon szybko pęknie. A w momencie, gdy tak się stanie, żadne działanie marketingowe nie zdoła reanimować konającego w bólach brandu. Nawet jeżeli tkwił w nim pewien potencjał.

Duch regionu
Ciastko – jak z artykułu wynika – zostało wpisane w całą linię produktów, które mają swój znak i tożsamość, indywidualny charakter i jednocześnie oddają ducha regionu (pogrubienie – P.S.).
Aby jednak jakikolwiek produkt mógł oddawać ducha regionu, ten powinien zostać wcześniej przynajmniej dookreślony. Tu, odnoszę wrażenie, niczego takiego nie przeprowadzono. Na facebookowym profilu Pomorskiego Produktu Markowego także żadnych informacji na ten temat nie sposób znaleźć. No może poza dość ogólnymi spostrzeżeniami we wpisie z dnia 12 marca br. Czytamy w nim m.in.:  Markowy Produkt Pomorski to gwarancja nie tylko jakości, ale i osadzenia przedmiotu w historii i tradycji regionu, z całym bogactwem jego zasobów pod każdym niemal względem. Dzięki unikatowemu wzornictwu, opartemu o oryginalne wytwory myśli i rąk dawnych mieszkańców Pomorza, połączonemu z nowoczesną technologią wytwarzania, otrzymują Państwo estetyczne i niespotykane uzupełnienie wspomnień. Jest to zarazem produkt klasy premium, podkreślający indywidualny charakter i ducha regionu. (pogrubienie – P.S.). 
Można zatem uznać, że w tym konkretnym przypadku przywołanie ducha regionu stanowi raczej element strategii promocyjnej produktu, a nie aspektu go tworzącego, czy współtworzącego. Oznacza to odwrócenie sygnalizowanej relacji.  

Storytelling i wiarygodność przekazu
Z artykułu wynika, że jedną z metod wprowadzania na rynek Jantarka będzie prawdopodobnie storytelling. Rozwiązanie ciekawe i nierzadko skuteczne. Gwarantem powodzenia tej techniki jest jednak spójność i wiarygodność przekazu. W wypowiedzi jednej z osób współpracujących przy produkcie tego czynnika zabrakło: Inspiracją do stworzenia Jantarka była starodawna receptura, spisana przez siostry Cysterki, a odnaleziona podczas wykopalisk... - mówi Małgorzata Chodkowska, współwłaścicielka Drzewiańskiej i zaraz ze śmiechem dodaje: - To jest wersja z przymrużeniem oka! (Pogrubienie – P.S. )To będzie element pewnej opowieści, legendy, której wydanie będzie towarzyszyć wejściu Jantarka na rynek. 
Czytając te słowa miałem przed oczami „lekko” zmodyfikowaną reklamę paluszków Lajkonik, w której jednej z kolejnych legendarnych opowieści dodaje się wyjaśnienie: to wersja z przymrużeniem oka! Dotychczas producent nie wpadł jednak na taki pomysł. Podobnie postępują inni sprzedawcy (choć są oczywiście pewne wyjątki). 
Czy robią tak dlatego, że uważają, że nas do swojej „historii” przekonali? Nie. Postępują tak ponieważ wiedzą, że w przypadku opowieści narracyjnych, zwłaszcza legend, baśni czy mitów, najważniejsza jest pewna niepisana umowa zawarta między nadawcą a odbiorcą. 
Umowa, która sprawia, że w procesie odbioru przedstawionej opowieści jej prawdziwość czy fikcyjność ma niewielkie znaczenie. Liczy się rzeczywistość, którą przywołuje i emocje, które wyzwala. I tej umowy nie należy podważać.