środa, 11 lutego 2015

Behawioralna afektywna neurolingwistyka, czyli o języku sztuki współczesnej

Nie jestem krytykiem sztuki. Nie znam się szczególnie dobrze na współczesnych jej odmianach (no może poza filmem). Nie potrafię zrozumieć wszelkich, być może nawet większości jej niuansów. Znam się jednak odrobinę na języku i rozumiem znaczenie niektórych pojęć. Pozwala mi to na czytanie ze zrozumieniem określonych tekstów. Niekiedy także tych, które sztukę współczesną wyjaśniają. Choć – muszę przyznać – czasem nie jest to łatwe.

Z jednym z ciekawszych tekstów z tego obszaru spotkałem się na stronie koszalińskiej Galerii Scena (dziękuję panu Krzysztofowi Urbanowiczowi na zwrócenie nań mojej uwagi).
Dotyczy on wydarzenia artystycznego, zatytułowanego „Affective Ciemna” (https://galeriascena.wordpress.com/2015/01/24/michal-brzezinski-affective-cinema-2/).

Pod tym hasłem kryje się performance Michała Brzezińskiego ukazujący działanie kinematograficznego instrumentu (kinematograficzny – służący rejestrowaniu ruchu dowolnego obiektu – P.S.), który tworzy audiowizualny spektakl na podstawie informacji przesyłanych miedzy artystą a drobnoustrojami, a także pomiędzy rośliną (kwiatem) a ciałem performera. 
(Nie będę ukrywał, że sama koncepcja wydała mi się niezwykle urzekająca. Oto artysta podejmuje się nawiązać relację komunikacyjną z bytami, które zawsze wydawały mi się umiarkowanie do tego predestynowane. Poza oczywiście ich ingerencja w ciało człowieka lub człowieka w ich rzeczywistość, np. za pomocą antybiotyków, czy banalnej konewki. Ale już wiem, że się myliłem).

Cały proces komunikacji odbędzie się z wykorzystaniem techniki. Mianowicie Performer za pomocą swojego głosu przekształca pole elektromagnetyczne pod mikroskopem i aktywuje ruchy mikrobów. A następnie Dane zbierane przez mikroskop USB oraz analogowo-cyfrowy przetwornik mierzący pole elektryczne rośliny zostają przekształcone w obraz i dźwięk. Dzięki temu zobaczymy efekt wizualny komunikacji pomiędzy tak różnymi formami życia, jak ludzie, rośliny i na przykład ameba. (Mam nadzieję, że pomimo zmiany kolejności zdań dobrze całą procedurę przybliżam).  

Niestety, prawdopodobnie nie uda się w ten sposób ustalić, czy muzyka stanie się uniwersalnym językiem komunikacji między afektami rozmaitych gatunków. Nie będzie można też uzyskać pewności, czy mikroby usłyszą to samo, co osoby biorące udział w performance, choć teoretycznie usłyszą to samo, co uczestnik spektaklu.

Działanie Brzezińskiego zostało określone w tekście mianem kreatywnego wprowadzenie na teren informatyki, biosemiotyki i neuronauki (trudno się z tym nie zgodzić), które wpisuje się w nurt sztuki interaktywnej, software artu, bio artu i hacktywizmu. (Czytając to odniosłem wrażenie, że w ostatnich kilkunastu latach powstało więcej terminów próbujących określić nowe przejawy sztuki, niż przez cały wcześniejszy okres historii człowieka).

Wyjaśniono także, że ten rodzaj eksperymentalnej aktywności artystycznej przełamuje tradycyjny, romantyczny model artysty. I chyba można uznać, że sporo w tym racji. Ostatecznie romantyczny artysta spierał się z Bogiem. Tu spór może być toczony ewentualnie z amebą. A to oznacza jednak jakiś przełom. Choćby jakościowy. (Kwestię tą poruszyłem już wcześniej, podczas dyskusji na facebookowym profilu red. Andrzeja Mielcarka).

Z tekstu dowiadujemy się także o różnicach między artystą a naukowcem. Stanowią je przede wszystkim różnice warsztatowe i metodologiczne (sic!). Sama zaś metoda charakteryzująca działanie performera określona zastała mianem behawioralnej afektywnej neurolingwistyki (pogrubienie – P.S). Artysta w ten sposób sprawdza działanie lub nie-działanie pewnych mechanizmów komunikacyjnych wykorzystując do tego maszynerię informatyczną. Jeśli komunikacja jest rzeczywiście komunikacją zostanie zweryfikowana zewnętrznymi mechanizmami i procedurami. O tym jakimi dokładnie mechanizmami i procedurami weryfikacja się odbędzie już się nie dowiadujemy.

Na zakończenie opisu czytamy: Performance “Affective Cinema” jest więc okazją zarówno do zabawy, jak i przy odrobinie autorefleksji, do poznania i praktycznego doświadczenia nowej koncepcji humanistyki i nowej postawy twórczej która wyrosła ze sztuki mediów, a ściśle ze sztuki interaktywnej.

Moim zdaniem ten ostatni akapit powinien być jedynym, który wydarzenie to opisuje (być może usunąłbym z tego fragmentu jeszcze słowa nowa koncepcja humanistyki). Prawdopodobnie jednak wówczas całkiem ciekawy koncept straciłby całą wartość w oczach niektórych miłośników sztuki współczesnej i jej krytyków. Wartość, która obecnie płynie nie tyle z dzieła, czy nawet aktu tworzenia, co uzupełniającej go nic-nie-wyjaśniającej eksplikacji. Takiej, które sprawi, że przeciętny odbiorca będzie musiał albo przyznać się do swojej bezradności w kontakcie ze „sztuką” (czytaj: niekompetencji i / lub głupoty), albo udawać, że to wszystko rozumie. Zamiast uświadomić sobie, że pewnych rzeczy po prostu zrozumieć się nie da.  

środa, 4 lutego 2015

Oświadczenie rzecznika szpitala. Kilka uwag

Wybuchł konflikt wokół warunków na oddziale dziecięcym koszalińskiego szpital. Młode matki, chcąc przebywać ze swoimi dziećmi na oddziale, muszą godzić się na – delikatnie mówiąc – spartańskie warunki. Mamy młodych pacjentów nie narzekają na pielęgniarki. Nie krytykują lekarzy. Oburzają się wyłącznie na sytuację, która zmusza je do koczowania przy łóżkach, na których leżą ich pociechy.

W związku z tym, że obecnie spór ten stał się konfliktem medialnym, szpital wystosował oświadczenie. Ze względu na fakt, że ma ono interesującą konstrukcję i wymowę pozwolę je sobie krótko przeanalizować. (Oświadczenie dostępne na stronie internetowej: http://www.gk24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20150204/KOSZALIN/150209889, 4.02.2015).

Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy to przyjęta przez szpital postawa wobec konfliktu. Można ją w skrócie określić jako mieszankę kilku rozwiązań. Żadne z nich nie ma jednak na celu przyjęcia odpowiedzialności placówki za zaistniała sytuację (w zamieszczone w oświadczeniu słowa o nie odżegnywaniu się od odpowiedzialności, po których następuje swoisty atak na najbliższych pacjentów, trudno jakoś uwierzyć), ani nie wskazuje na gotowość szukania pozytywnego rozwiązania.

W oświadczeniu podkreśla się zatem wysoką jakość świadczeń realizowanych w koszalińskim szpitalu: 1. Misją naszego szpitala jest leczenie i otaczanie opieką pacjentów. Uważamy, że jako placówka zatrudniająca ponad 1600 osób wywiązujemy się z tego na wysokim poziomie. 2. Warto też zastanowić się nad tym dlaczego przyjeżdżają do nas pacjenci z całego regionu /…/ Naszym zdaniem wynika to z wysokiej jakości świadczonej opieki w naszym szpitalu. 

Po drugie wskazuje się w nim na sukcesy szpitala na polu inwestycyjnym: Proces modernizacji kolejnych oddziałów postępuje systematycznie. Przywołuje się także tego dowody: 1. W ostatnich kilku latach z własnych funduszy wydaliśmy na inwestycje ponad 40 milionów złotych. 2. jako jedyny szpital pozyskujemy środki pozabudżetowe i to w niemałej, bo około 85-milionowej wysokości. 3. Stworzyliśmy od podstaw oddział udarowy, oddział diabetologiczny, onkologiczny i neurochirurgiczny.

Po trzecie próbuje się zaistniałą sytuację wytłumaczyć czynnikami zewnętrznymi, niezależnymi od placówki. Przede wszystkim wskazując na nie najlepsze zasady finansowania służby zdrowia. Regulacje zmuszające władze szpitala do pozyskiwania środków na modernizację z funduszy marszałkowskich i unijnych. Środki inwestycyjne pochodzą z budżetu organu założycielskiego - Urzędu Marszałkowskiego województwa zachodniopomorskiego lub funduszy unijnych, np. Regionalnego Programu Operacyjnego. W ciągu ostatnich kilku lat regularnie informowaliśmy nasz organ założycielski o pilnej potrzebie modernizacji pionu dziecięcego. Informowaliśmy o sytuacji i przedstawialiśmy kosztorys tych prac.

Po czwarte wskazuje się na jakoby ważniejsze z perspektywy społecznej kwestie niż podniesienie standardu w obszarze, który stał się zarzewiem sporu: Czy właściwym wyjściem byłoby, abyśmy kosztem sal dla chorych dzieci powiększyli bazę hotelową?! Sądzę, że nie zyskalibyśmy aprobaty społecznej dla takiego działania. 

Po piąte zarzuca się tym, którzy upublicznili informacje o sytuacji na oddziale manipulację przekazem: obraz trudności lokalowych przesłany do mediów jest w naszej ocenie częściowo zmanipulowany przez rodziny najmłodszych pacjentów i świadczy, niestety, o ich kulturze bycia. Następnie podaje się przyczyny zniekształcenia obrazu: bałaganiarstwo opiekunów (nie korzystanie z szafek na oddziale), i ułatwianie sobie przez nich wyjścia na papierosa (stąd odzienie zewnętrzne, które powinno trafić do szatni, wieszane jest na stojakach pod kroplówki).  Z powodu tego zniekształcenia oddany pacjentom personel szpitala czuje się głęboko urażony. Stał się on bowiem ofiarą wykreowanego, nieprawdziwego wizerunku.

Mamy zatem do czynienia z oświadczeniem, w którym szpital broni przyjętej przez siebie polityki. Rozwiązania, którego w tym konkretnym przypadku obronić się zwyczajnie nie da. Nikogo bowiem, kto widział zdjęcia oddziału dziecięcego nie będzie interesował fakt modernizacji pozostałej części szpitala. Podobnie nie będzie rozważał dylematu „krótkiej kołdry”. O ile bowiem ten pierwszy obraz chwyta za serce, to drugi, przywołany przez rzecznika, jest z obszaru statystyki.

Dodatkowo irracjonalnie próbuje się w oświadczeniu winą za upubliczniony wizerunek obarczyć najbliższych małych pacjentów (za zmanipulowanie obrazu oddziału). Szansa, że taką perspektywę przyjmą media jest w zasadzie zerowa. W konfliktach człowiek kontra instytucja media muszą mieć istotny powód, aby stanąć po stronie instytucji. Tu taki czynnik się nie pojawia. 

Można zatem uznać, że oświadczenie jedynie zintensyfikuje konflikt. Brakuje w nim zwykłej empatii i próby szukania pozytywnego, chociażby doraźnego rozwiązania. A jak twierdzą T. Herrling i I. Schenkler, autorzy książki „Relacje z mediami”, przyjęcie takiej strategii jest zwyczajnie najrozsądniejsze. Daje bowiem szansę na wyjście z kryzysu. Szpital wybrał inne rozwiązanie. Takie, na którym może jedynie stracić. 


niedziela, 4 stycznia 2015

Koszalińskie MZK. Wpis drugi.

Drugi, zapewne ostatni wpis dotyczący koszalińskiego MZK, rozpocznę od dwóch fragmentów wypowiedzi pani redaktor Jolanty Stempowskiej. Mianowicie w dyskusji na facebook’owym profilu Jacka Wezgraja stwierdziła, że w dniu 2.01.2015, w którym to koszaliński przewoźnik „uczynił” z piątku sobotę (zmiana rozkładu jazdy na sobotni) była w pracy. W tym czasie Do nikogo dodzwonić się nie można było, bo ludzie mieli wolne. Na parkingu przy redakcji stały cztery auta na krzyż. Zadała w związku z tym pytanie o charakterze – jak rozumiem – retorycznym: odpowiedzmy sobie na pytanie: czy wolimy kursowanie pustych autobusów zgodnie z rozkładem dnia roboczego, czy też ich ograniczenie do niezbędnej ilości dnia świątecznego. 

Prawdopodobnie jak większość osób wolę ograniczenie ilości kursów do niezbędnego minimum, niż widok pustych, czyli nierentownych autobusów. Pytanie tylko, gdzie to niezbędne minimum przebiega? Dla osób poruszających się samochodem zapewne w pobliżu zera (chyba, ze im się auto zepsuje, wówczas chętnie uruchomiliby przynajmniej kilka superszybkich połączeń). Dla innych może to być znacznie większa liczba. Większa nawet niż ta, którą MZK realizuje w dni powszednie. Zwłaszcza jeżeli chodzi o kursy wieczorne.

Odnośnie zaś pierwszej części wypowiedzi, to postrzeganie aktywności zawodowej mieszkańców ponad stutysięcznego miasta i ich zapotrzebowania na usługi komunikacji miejskiej przez pryzmat wykonanych przez siebie telefonów, tudzież ilości aut przed redakcją może być mocno mylące. Zwłaszcza, że jakoś szczerze wątpię, aby telefony, które pani redaktor wykonywała w tym dniu były próbą łączenia się z pracownikami sklepów czy hal produkcyjnych korzystających lub mogących korzystać z usług MZK. Choć oczywiście tego nie wykluczam.
(Zanim przejdę do cen biletów od razu zaznaczę, że pani Stempowska w swoim kolejnym wpisie wyraźnie zaznaczyła, że jest za tym, aby autobusy jeździły tam, gdzie są pasażerowie, oraz, że sama dyskusja skłania ją do wniosku, że przydałaby /…/ się w mieście debata na temat funkcjonowania MZK).

Ceny biletów
W poprzednim wpisie zasygnalizowałem, że ceny biletów MZK w Koszalinie są zwyczajnie zbyt wysokie. I miałem na myśli przede wszystkim bilety jednorazowe, choć także ceny tych okresowych do najniższych nie należą. (W Krakowie bilet miesięczny na wszystkie linie autobusowe i tramwajowe w pierwszej strefie kosztuje 94 zł http://mpk.krakow.pl/pl/bilety2/cenniki-biletow-okresowych/, w Koszalinie 100 zł http://www.mzk.koszalin.pl/images/stories/galeria/wczoraj-dzis/2/Cennik_bilety_okresowe.jpg. Przy czym w Koszalinie jest piętnaście linii dziennych http://rj.mzk.koszalin.pl/rj/. W stolicy Małopolski pasażerowie mają do użytku dziewiętnaście linii tramwajowych dziennych i trzy nocne, oraz kilkadziesiąt linii autobusowych dziennych i kilka nocnych: http://mpk.krakow.pl/pl/page-f3044045/).

Stosunkowo wysoka cena biletów może być powodem rezygnacji wielu koszalinian z korzystania z usług przewoźnika, szczególnie tych, którzy mają do pokonania stosunkowo niewielki dystans. Podobnie może być z tymi, dla których fakt zaoszczędzenia kilku złotych ma jednak znaczenie. I zapewne liczba tych osób wzrasta nie tylko z nastaniem ciepłych dni, ale także z wprowadzeniem kolejnej podwyżki biletów (a przynajmniej sytuacja taka wydaje się bardziej prawdopodobna niż odwrotny scenariusz). Zwłaszcza, że ceny biletów mogły już dawno przekroczyć akceptowalny poziom.  
(Dla mnie poziom akceptowalny za bilet jednorazowy normalny w Koszalinie to 2.50 zł. Dla studentów, z którymi o tym rozmawiałem, było to około 2.00 zł).

Oczywiście, czy tak jest w rzeczywistości, mogą rozstrzygnąć tylko kompleksowe badania.
I powinny być one szybko przeprowadzone. Chyba, ze jedynym pomysłem na zapewnianie „rentowności” przedsiębiorstwa jest cykliczne podnoszenie cen usług. Ta droga prowadzi jednak w zasadzie donikąd (ewentualnie do utrzymania status quo). Pamiętać przecież trzeba o tym, że czynników odciągających ludzi od jazdy autobusami jest coraz więcej (niskie ceny samochodów, utrzymujące się na stosunkowo niskim pułapie cenowym usługi firm taksówkarskich, moda na poruszanie się rowerami po mieście, nowe ścieżki rowerowe, itp.).

Brak alternatywnych form biletów
Średnio jeżdżę autobusem od 2 do 4 razy dziennie. W większości przypadków pokonuję od 3 do 5 przystanków. Choć – jako umiarkowany miłośnik spacerów – zdarza mi się też jechać na krótszych dystansach. Zwłaszcza, gdy mam torbę pełną zakupów, czy innych ciężkich rzeczy. Co miesiąc udaję się na „peryferia” Koszalina (stacja benzynowa na pętli autobusowej przy ul. Władysława IV), gdzie zakupuję bilet miesięczny, lub, w okresie wakacyjnym, na ½ miesiąca. Wówczas zdarza się, że po tym jak straci on swoją ważność przez kilka dni jeżdżę na biletach jednorazowych. Najczęściej decyduję się wtedy na bilet 24 godzinny (cena 10.00 zł), ewentualnie rezygnuję z częstszej jazdy autobusem. Bilet za 2.90 uważam za zbyt drogi, aby opłacało mi się go zbyt często kupować.

Zapewne sytuacja byłaby nieco inna, gdyby pojawiły się inne bilety czasowe, na przykład 10, 25, 40/50 minutowe. Oczywiście w sensownej cenie (zaryzykuję: 1.80-2.00 zł za 10 minut, 2.10-2.30 za 25 minut, i jakieś 3.00 zł za 40/50 minut). Mogłyby też pojawić się bilety 48 godzinne, 72 godzinne i tygodniowe. Wówczas i ja i MZK byłoby zadowolone. Ja bo nie musiałbym zbyt wiele chodzić, MZK ponieważ na mnie zarabia.

Co więcej – trzy ostatnie wymienione formy biletów byłyby także przydatne w momencie, kiedy odwiedzają mnie w wakacje znajomi. Dotychczas zostawali u mnie najczęściej na kilka dni. Zatem na pewno jeden z takich biletów bym im zakupił, albo zaproponował jego kupno. Przy obecnych cenach za usługi MZK raczej tak jak dotychczas korzystalibyśmy z taksówek lub po prostu przemieszczali się pieszo.

Myślę też, że sensownym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie możliwości zakupu biletów wielomiesięcznych (dla studentów są przecież bilety kwartalne). Sam nawet wolałbym kupić bilet ważny przynajmniej dwa miesiące, niż co jakieś 30 dni odwiedzać należącą do MZK stację benzynową. Pod kątem zaś studentów zaocznych (choć nie tylko) można byłoby pomyśleć o wprowadzeniu biletów weekendowych (ważnych od piątku godz. 14.00 do północy w niedzielę).

Pozostając jeszcze przy temacie zróżnicowania form biletów nie ukrywam, że dziwi mnie brak w ofercie koszalińskiego przewoźnika tzw. biletów rodzinnych i grupowych. Zwłaszcza przy ambicjach miasta by stać się miejscem atrakcyjnym turystycznie.

Być może warto byłoby także pomyśleć o sezonowych biletach zintegrowanych, obejmujących przejazdy w danym dniu szynobusem łączącym Mielno z Koszalinem, przeprawę Koszałkiem i przejazdy autobusami MZK. Dla osób odpoczywających w Mielnie / Unieściu mogłaby to być atrakcyjna oferta. Zwłaszcza przy tworzących się w wakacje korkach na drodze łączącej obie miejscowości. 

Automaty biletowe i karty elektroniczne
Kiedy kupuję bilet miesięczny dostaję do ręki kawałek papieru o wymiarach ok. 5 cm na 7 cm z hologramem. Sprzedawca zaznacza na nim daty ważności (od – do), ja zaś wpisuję na bilecie numer swojej legitymacji (bez wpisanego numeru bilet jest nieważny). Dostaję także potwierdzenie dokonania transakcji. Niestety, jeżeli zgubię bilet, szansa na otrzymanie duplikatu nie istnieje. Nie są one bowiem ewidencjonowane w taki sposób, który taką procedurę by umożliwiał (a przynajmniej taką informację uzyskałem od sprzedawcy). W związku z tym po dwukrotnym już zgubieniu „poprzednika” obecnego biletu (tamten bilet był wielkości znaczka pocztowego), teraz staram się być bardzo uważny.

Rozwiązaniem tego typu sytuacji byłyby imienne karty elektroniczne. Podobne, lub takie same, jakie można spotkać w wielu innych aglomeracjach. Naprawdę ułatwiają one pasażerom życie. Szczególnie, gdy mogą je doładować w automatach biletowych wystawionych w dogodnych punktach miasta, najczęściej na przystankach.
Być może tego typu automaty powinny się też znaleźć w autobusach. Odciążyłoby to kierowców, pozwalając skupić im się na drodze, a nie na wydawaniu drobnych. 

Na zakończenie linia nocna i bezpłatna komunikacja miejska
Pamiętam triumf osób, które doprowadziły do ponownego uruchomienia linii nocnej w Koszalinie. Obecnie po tego typu kursach nie ma już nawet śladu. Okazały się nierentowne. Zastanawiam się na ile miało na to wpływ stosunkowo mało rozbudowane życie nocne Koszalina czy źle rozplanowana linia, na ile zaś dość wysoka cena biletu: 5.80 zł za bilet normalny. Przy założeniu bowiem, że taksówką będą wracały cztery osoby, to niezależnie, w którym miejscu Koszalina mieszkają, ich kurs nie powinien kwoty 23.20 zł przekroczyć. Mogą się nawet poodwozić. 
Być może od początku powinno się zresztą przyjąć, że tego typu autobus powinien kursować wyłącznie w piątkowe i sobotnie noce. I nie co godzinę, lecz na przykład dwa razy w ciągu nocy (np. o godz. 0.00 i 2.00). Wówczas trzy czy cztery autobusy rozwoziłyby pasażerów spod Rynku Staromiejskiego lub dworca PKP / PKS w wybrane miejsca Koszalina. Za cenę taką samą jak ta, która obowiązuje w komunikacji dziennej, lub niewiele wyższą. Ostatecznie planowane ożywienie centrum miasta wymaga pewnych działań / kosztów.

W dopiero co zakończonej kampanii wyborczej dużo uwagi poświęcano funkcjonowaniu komunikacji miejskiej w Koszalinie. Zwłaszcza za sprawą Stowarzyszenia Lepszy Koszalin oraz koszalińskiego Prawa i Sprawiedliwości. Oba te podmioty szły do wyborów z hasłem wprowadzenia darmowej komunikacji miejskiej. Ostatecznie, ze względu na zwycięstwo Platformy Obywatelskiej, projekt ten musi poczekać przynajmniej do kolejnych wyborów.
W moim odczuciu pomysł darmowych przejazdów, choć ciekawy, jest jednak chybiony. Z dwóch powodów. Po pierwsze jego wprowadzenie oznaczałoby konieczność przekazywania przedsiębiorstwu kolejnych milionów z budżetu miasta. Z budżetu, który i tak jest już poważnie obciążony.
Po drugie miejski przewoźnik powinien mieć w mojej opinii ekonomiczny bodziec wymuszający rozwój. Inaczej mówiąc bałbym się, że pełne sponsorowanie tego typ organizmu negatywnie wpłynie na jakość świadczonych przez niego usług. 

sobota, 3 stycznia 2015

Kiedy piątek jest sobotą, czyli koszalińskie MZK

Podczas zeszłorocznych świąt Bożego Narodzenia, koszaliński transport miejski dość bezwzględnie mnie zaskoczył. Oto w okresie, w którym ludzie odwiedzają rodziny i znajomych, przewoźnik zawiesił swoją działalność (jak pamiętam od godz. 17.00 w dniu Wigilii, do godz. 14.00 drugiego dnia świąt). Pozostał mi zatem spacer, albo, w przypadku dłuższych dystansów, korzystanie z taksówki. Podobnie musiały zapewne uczynić osoby starsze, czy rodziny z dziećmi. Chyba, że osoby te posiadały samochód.

W tym roku sytuacja się powtórzyła. W związku z tym w przeciągu kilkunastu godzin przestoju pracy MZK musiałem wydać kilkadziesiąt złotych na taksówki. Sytuacja moim zdaniem nieco skandaliczna. Zwłaszcza, że posiadam bilet okresowy, którego cena nie uległa w tym miesiącu obniżeniu. A moim zdaniem powinna. Ostatecznie przecież przewoźnik przez cześć czasu, za który zapłaciłem, nie wykonywał swojej usługi.

Nie zabrałbym się jednak za pisanie tego tekstu (ostatecznie święta to okres wyjątkowy, a kierowcy i pracownicy MZK też mają swoje rodziny), gdyby nie pewne zdarzenie. Mianowicie wczoraj, czyli 2 stycznia spędziłem z pewną miłą, starszą panią jakieś 20 minut na przystanku w oczekiwaniu na autobus. Oczekiwaniu jak się okazało zupełnie bezsensownym.

Oboje spodziewaliśmy się bowiem, że skoro jest piątek, to zgodnie z rozkładem jazdy obowiązującym w dni powszednie autobus za chwilę przyjedzie (przed wyjściem z domu sprawdziłem godziny kursowania autobusów na stronie MZK, aby nie marznąc niepotrzebnie na przystanku). 

Po dziesięciu minutach oczekiwania (było już jakieś 6 minut po czasie, w którym autobus powinien się pojawić), dotarło do nas, że coś jest jednak nie tak. Zaczęliśmy zatem rozglądać się za jakimś ogłoszeniem o zmianach w zasadach kursowania autobusów. Niczego takiego na wiacie przystankowej nie znaleźliśmy. 

Skorzystałem zatem z Internetu w telefonie. Na rozkładzie linii nr 4 (9http://rj.mzk.koszalin.pl/rj/?linia=4&kierunek=A&przystanek=113), żadnej informacji o zmianach nie było. Na wszelki wypadek wszedłem jeszcze na stronę główną MZK (http://www.mzk.koszalin.pl/). I tam znalazłem komunikat, że dla większości linii Miejskiego Zakładu Komunikacji w Koszalinie piątek 2 stycznia 2015 roku jest… sobotą (poza autobusami linii nr 3 i 9, które w tym dniu kursowały jak w dni powszednie).

Nie pozostało mi zatem nic innego jak powiedzieć oburzonej pani do widzenia i powędrować w kierunku pętli autobusowej przy ul. Władysława IV. I tam, jak co miesiąc do kilku już lat, nabyć kolejny bilet okresowy MZK.(Z tego też powodu roszczę sobie prawo do oceny usług przewoźnika). 

Dwudziesto kilku minutowy spacer pozwolił mi zaoszczędzić 2.90 zł (1.01.2015 skończyła się ważność mojego biletu miesięcznego). Wolałbym jednak te pieniądze wydać na bilet (pomimo jego zbyt wysokiej ceny, o której to między innymi kwestii w kolejnym wpisie dotyczącym koszalińskiego MZK). Zwłaszcza, że aura do przechadzek nie zachęcała. 
Niestety zarząd MZK uniemożliwił mi poniesienie tego wydatku. Nie po raz pierwszy zresztą.

sobota, 27 grudnia 2014

Terlikowski na wigilię, czyli może dobrze, że zwierzęta nie potrafią czytać

W świątecznym wydaniu Rzeczpospolitej ukazał się artykuł Tomasza Terlikowskiego Zwierzęta, nawet w Wigilię, praw nie mają (dostępny pod adresem internetowym: http://www.rp.pl/artykul/1167095-Zwierzeta--nawet-w-Wigilie--praw-nie-maja.html)
W tekście dzieli się on swoimi refleksjami na temat zwierząt i tego, jak powinny być one traktowane. Spostrzeżeniami wynikającymi jakoby z doktryny chrześcijańskiej.
(Piszę wynikającymi jakoby z doktryny chrześcijańskiej, nie dlatego, aby Terlikowskiego obrazić. Po prostu moja wiedza uniemożliwia mi weryfikację zamieszczonych w tekście stwierdzeń pod kątem ich zgodności z nauką kościoła. Ze względu jednak na fakt, że przemyślenia obecnego szefa Telewizji Republika nierzadko poddawane były krytyce przez księży i teologów, pozwolę sobie nie traktować ich jako dogmatycznych).

Czego z tekstu się dowiedziałem? Po pierwsze tego, że zgodnie z zapisami Księgi Rodzaju zwierzęta nie są równe człowiekowi. W związku z tym nie mają one i nie powinny mieć praw, które człowiek (chrześcijanin) powinien respektować. Oznacza to, że zwierzęta mogą być wykorzystywane chociażby do eksperymentów naukowych. Mogą być także zabijane w taki sposób, jaki dany system religijny przewidział jako najwłaściwszy (ubój rytualny).
Po drugie, że cierpienia zwierząt różnią się od ludzkich, bo pozbawione są (ich cierpienia) samoświadomości i poczucia przyszłości, cech przynależnych istotom ludzkim.
Po trzecie, że uznanie, iż zwierzętom jednak jakieś prawa przysługują i że nie można przekładać interesów ludzi nad interesy innych stworzeń wynika z odrzucenia istnienia Boga, a także wiary w pochodzenia człowieka od Stworzyciela. Ateizm, materializm, ewolucjonizm pozbawione odniesienia do Stwórcy świata czy teistycznej antropologii sprawiają, że człowiek przestaje postrzegać siebie jako kogoś wyższego niż zwierzęta.
Po czwarte, że istnieje związek pomiędzy poszanowaniem praw zwierząt a akceptacją dla wielu różnych rzeczy, typu antykoncepcja, aborcja czy eksperymentów na nienarodzonych istotach ludzkich.
Po piąte, że przyczyn stanu, w którym ludzie przestają patrzeć na świat „antropocentrycznie” (świat i zwierzęta w służbie rodzaju ludzkiego), można szukać w budowanym od XVIII wieku micie przeludnienia i polityce kontroli urodzin. Polityce, która pozbawiła człowieka tak potrzebnych mu relacji z innymi ludźmi. To zaś w konsekwencji skutkuje szukaniem substytutów i przenoszeniem uczuć na zwierzęta.

Czyń ziemię sobie poddaną
Argument o wyższości człowieka nad zwierzętami wywiedziony z biblijnej historii stworzenia mnie nie przekonuje. Z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że zapisy poczynione kilkadziesiąt wieków temu w sposób naturalny stanowią odzwierciedlenie pewnej wizji świata, którą obecnie trudno uznać za aktualną (niezależnie, czy jest to tekst natchniony, czy tylko pewna wizja literacka). A przynajmniej ja jej za aktualną uznać nie potrafię.
Po drugie ponieważ tego typu nastawienie prowadziło, i wciąż prowadzi, do bardzo nieracjonalnego wykorzystywania tego wszystkiego, co Ziemia nam oferuje. A negatywne skutki takiego podejścia coraz częściej odczuwamy także my, ludzie.

Czy to oznacza, że traktuję zwierzęta jako równe człowiekowi? Nie. Niemniej jednak uważam, że powinny one mieć pewne, określone prawa. Prawa ustanowione przez człowieka i przez niego przestrzegane. Zwierzęta jako istoty czujące / myślące zwyczajnie na to zasługują.
Podstawowym prawem czy wymogiem powinno być właściwe ich traktowanie. Takie, które zapewni im określony komfort i / lub ograniczy do minimum ich cierpienie. To ostatnie jest przecież zwyczajnie zbędne.

Oznacza to między innymi uważne przyglądanie się temu, co ze zwierzętami robią naukowcy. Nie może być tak, że w imię nauki dopuszcza się takie bestialstwa jak wiwisekcje, przecinanie strun głosowych, czy powtórne doświadczenia na tych samych zwierzętach (cześć z tych zjawisk dopuszcza najnowsza rządowa ustawa o ochronie zwierząt wykorzystywanych do celów naukowych lub edukacyjnych: http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103085,16875476,Przecinanie_strun_glosowych__bol__wielokrotne_eksperymenty_.html) .

Podobnie rzecz ma się w odniesieniu do hodowli przemysłowych. Stłoczone, tuczone, faszerowane antybiotykami i hormonami zwierzęta trafiające po kilku miesiącach do rzeźni a potem na nasze stoły to fatalna reklama kondycji ludzkiej. Chyba, że ktoś podziela starotestamentową wizję „poddaństwa”.

Nie potrafię także podzielić opinii Terlikowskiego odnośnie uboju rytualnego. W religii, która zezwala na bezsensowne cierpienia zwierząt znika dla mnie zwyczajnie dobro. Dlatego przy całym oddaniu dla wolności religii uważam, że ubój rytualny również powinien być zabroniony. Polska zaś pomimo opinii Trybunału Konstytucyjnego (http://wyborcza.pl/1,75478,17106014,TK__Zakaz_uboju_rytualnego_niezgodny_z_konstytucja.html) powinna pozostać w gronie krajów, które ten zakaz wprowadziły i go przestrzegają (http://www.tokfm.pl/Tokfm/1,103086,15473407,Dania_zakazuje_uboju_rytualnego___Prawa_zwierzat_sa.html#TRrelSST).

Cierpienie zwierząt
Szczerze mówiąc nie wiem jak cierpią zwierzęta. Nie wiem nawet tak naprawdę, jak cierpią inni ludzie. Mogę to sobie jedynie wyobrażać bazując na własnych doświadczeniach.
Dlatego nie przemawia do mnie argument, że zwierzęta cierpią inaczej / mniej, bo nie mają samoświadomości, tudzież wizji przyszłości. Zwłaszcza, że niektóre gatunki zwierząt jakąś formę samoświadomości przecież posiadają. Dowodzi tego chociażby pozytywne "zaliczenie" przez nie testu lustra (http://www.eduscience.pl/artyku%C5%82y/niewiele-gatunk%C3%B3w-zwierz%C4%85t-zda%C5%82o-tzw-test-lustra). 

Zgoda na przyznanie praw zwierząt = odrzucenie Boga
Kolejna teza Terlikowskiego, z którą mam poważny problem. Znam przecież wiele osób, wierzących, które jednocześnie uważają, że człowiek powinien uwzględniać w swoich poczynaniach dobro innych stworzeń. Zwłaszcza, że w odróżnieniu od zwierząt ma możliwość, aby to czynić.
Co więcej – ośmielę się stwierdzić – że w tym właśnie elemencie wiele z tych osób dostrzega przejaw swojej religijności. Postawy, która wiąże się dla nich z właściwym traktowaniem zarówno ludzi jak i zwierząt.

Prawa zwierząt kontra prawa ludzkie
Wywód Terlikowskiego odnośnie związku pomiędzy dbałością o przestrzeganie praw zwierząt a nadużyciami wobec ludzi wydaje mi się zwyczajnie nieuzasadniony. Nie ma w nim żadnych dowodów, poza emocjonalnymi sformułowaniami Nowymi „królikami doświadczalnymi", które zastąpiłyby myszy, szczury czy właśnie króliki, mieliby się stać ludzie na wczesnym etapie rozwoju, nazywani czasem dla niepoznaki zarodkami czy płodami.
Trudno zatem traktować go poważnie.  Co oczywiście nie oznacza, że nie ma osób, które tego typu rozwiązań by nie zaakceptowały. Podejrzewam jednak, że stanowią one zdecydowany margines.

"Mit" przeludnienia
Rzeczywiście wielu ekologów zabiega o to, aby w społeczeństwie wzrastała świadomość skutków, jakie dla świata niesie niekontrolowany przyrost naturalny. Zwłaszcza, że Ziemia nie jest  planetą o nieograniczonym potencjale (http://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%9Alad_ekologiczny). I warto o tym pamiętać, chociażby po to, aby zmieniać metody w jaki ludzkość zasoby naturalne eksploatuje / wykorzystuje.
Czy jednak rzeczywiście ten "mit" przeludnienia oraz polityka ograniczania przyrostu naturalnego (polityka kontroli urodzin) stoją u podstaw odejścia ludzkości od wizji „antropocentrycznej”. Myślę, że to bardzo uproszczona diagnoza.




poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bloger zły, łatwy język i świat newsów w TV Max

Kilka dni temu, podczas dziesiątej, jubileuszowej konferencji Studenckiego Koła Naukowego Futura, jedna z zaproszonych prelegentek, dziennikarka lokalnej stacji telewizyjnej wygłosiła trzy - w moim przekonaniu - dość kontrowersyjne opinie. Dwie z nich dotyczyły języka, czyli materii, której spotkanie w całości dotyczyło. Trzecia odnosiła się do konstrukcji przekazu informacyjnego, określanego pojęciem newsa.
Poniżej pozwoliłem sobie na krótkie odniesienie do każdego z tych stwierdzeń. Zwyczajnie na to zasługują.

Dobry dziennikarz – zły bloger
Dziennikarka ewidentnie nie lubi świata blogerów. Po raz kolejny bowiem wyraziła swoją negatywną ocenę o tym fenomenie. O ile jednak w swoim poprzednim wystąpieniu (podczas IV Ogólnopolskiej Konferencji Media – Komunikacja – Edukacja) podważała profesjonalizm blogerów (więcej o tym: http://www.blog.mediafun.pl/koszalin-media-komunikacja-edukacja-trwa-konferencja-na-goraco/), tym razem zakwestionowała ich prawo do bycia wzorcem w obszarze języka.

Mówiąc szczerze, że nie bardzo potrafię zrozumieć tą niechęć dziennikarki do blogosfery. Mam także kłopot z akceptacją jej z taką pewnością wygłaszanych stwierdzeń. Przede wszystkim ze względu na fakt, że znam przynajmniej kilka blogów, które uważam za warte przynajmniej śledzenia. Zamieszczane tam teksty są aktualne, refleksje pogłębione, przemyślenia mądre. A co ważniejsze – opublikowane tam artykuły nierzadko znaczenie wykraczają poziomem ponad ten, który można dostrzec w różnego typu tradycyjnych mediach. Także w warstwie językowej.

Warto także zauważyć, że istnieją blogi prowadzone przez specjalistów w dziedzinie języka. Jeden z nich należy chociażby do prof. Jerzego Bralczyka (http://jerzybralczyk.bloog.pl/). Celem tego typu blogów jest przede wszystkim podnoszenie kompetencji językowych Polaków. I patrząc na reakcje, jakie u czytelników wywołują, spokojnie można stwierdzić, że rolę tę wypełniają znakomicie.

Oczywiście to co powyżej napisałem nie oznacza, że nie ma złych, nieciekawych czy nudnych blogów. Jest ich wiele. Być może nawet stanowią większość. Nie znaczy to jednak, że z tego powodu można pozwolić sobie na deprecjonowanie całości zjawiska.

Ocena trudności języka polskiego
Zdaniem dziennikarki nasz rodzimy język jest językiem łatwym (a przynajmniej takie stwierdzenie w jej wypowiedzi się pojawiło). Nie ukrywam, że nieco mnie ta ocena zaskoczyła. Zawsze wydawało mi się, że nasz język ze względu na swoją gramatykę należy raczej do grupy tych trudniejszych. O ile oczywiście w ogóle można stworzyć ranking języków trudnych i łatwych (http://swiatjezykow.blogspot.com/2011/04/najtrudniejszy-jezyk-swiata.html).

W kontekście opinii dziennikarki interesująca wydaje się informacja o tym, że kilka lat temu jeden z blogerów (Mark Biernat) uznał język polski za najtrudniejszy do opanowania przez obcokrajowców. Według niego jednym z dowodów na poparcie tej tezy jest fakt, że o ile przeciętny Anglik uzyskuje biegłość (płynność) w posługiwaniu się swoim rodowitym językiem w wieku dwunastu lat, przeciętny Polak potrzebuje na to cztery lata więcej (patrz: http://claritaslux.com/blog/the-hardest-language-to-learn/).

Oczywiście opinia blogera wywołała ostrą dyskusję i miała wielu krytyków. Przykładowo na stronie internetowej natemat.pl można przeczytać tekst Michała Fala, w którym poddaje on w wątpliwość teorię Biernata (http://natemat.pl/76329,polski-najtrudniejszym-jezykiem-swiata-bez-przesady-ale-latwo-nie-jest-pytamy-lektorow-pracujacych-z-obcokrajowcami). 
W artykule przytacza on przede wszystkim wypowiedzi uczących obcokrajowców lektorów języka polskiego. Żaden z nich nie określił języka polskiego mianem najtrudniejszego. Jednocześnie żaden z nich nie stwierdził, iż należy on do języków łatwych. Prawdopodobnie dlatego, że mają oni pełną świadomość trudności, jakie jego nauka sprawia cudzoziemcom. Świadomość, która rodzimym jego użytkownikom może czasem gdzieś zwyczajnie umykać.

News w TVN kontra news w TV MAX
Poza kwestią opinii o blogerach i języku jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, co prelegentka powiedziała podczas dyskusji zamykającej konferencję. Mianowicie stwierdziła, że choć pracowała w telewizji TVN to prawdziwe newsy nauczyła się robić dopiero w Telewizji Kablowej Max. Dodała także, że ta ogólnopolska stacja zyskałaby, gdyby w tej materii naśladowała koszalińską stację telewizyjną.

W moim odczuciu jest to bardzo odważna teza, niestety nie poparta żadnym sensownym argumentem. Trudno przecież za taki argument traktować długość czasu, który jakiemuś tematowi dana stacja gotowa jest poświęcić. Czas bowiem w przypadku newsu ma znaczenie, ale nie tyle w aspekcie długości prezentowanego materiału, co przede wszystkim jego aktualności i szybkości upublicznienia (według Andrew Boyda news jest doniesieniem, z tego, co się dzieje teraz).  A w tej materii ogólnopolska stacja jednak zdecydowanie góruje nad lokalną telewizją kablową.

Zresztą jeżeli przeanalizujemy także inne wyznaczniki newsów, czyli chociażby aspekt wywoływania przez nie rezonansu społecznego to trudno mówić o tym, aby Telewizja Max była konkurentem dla TVN. Nawet przy uwzględnieniu różnicy skali. Podobnie zresztą w kwestii atrakcyjności przekazu, czy przyciągania uwagi odbiorców.


Można oczywiście zastanawiać się na ile wzorce zarządzanej przez Markusa Tellenbacha telewizji są najwłaściwsze i najbardziej godne naśladowania (infotainment). To samo jednak pytanie można odnieść do tak wychwalanej przez prelegentkę stacji. 

piątek, 19 grudnia 2014

Koszalin oczami studentów. Cześć III. Koszalin pełnia życia?

Miasta, regiony czy kraje funkcjonują na rynku analogiczne jak marki komercyjne. Starają się wyróżnić i przekonywać do siebie potencjalnych mieszkańców, inwestorów czy turystów. Jeżeli tego nie robią to ich inercja jest bezwzględnie wykorzystywana przez konkurencję. Ostatecznie walka toczy się o wysoką stawkę.

Obecnie jednym z elementów stosowanych przy tego typu współzawodnictwie jest hasło promocyjne. Slogan, który pozwala na skuteczne pozycjonowanie nazwy jednostki, budując w umyśle odbiorcy właściwe z nią skojarzenia. Proces analogiczny do tego, jaki odbywa się w przypadku produktów z innych branż.

Uniwersalnego przepisu na tworzenie hasła promocyjnego jednostek terytorialnych w zasadzie nie ma. Przyjmuje się jednak, że powinno ono być krótkie, maksymalnie trzy- lub czterowyrazowe (Klimatyczny Kołobrzeg; Ełk. Tu wracam; Świnoujście. Kraina 44 wysp). Dłuższe wymaga od odbiorcy większego wysiłku, a w przekazie reklamowym stawia się raczej na łatwość i szybkość przetwarzania informacji. Stąd hasła Radomska (Radomsko – otwarte miasto od 1266 roku), czy Kalisza (Kalisz – młode duchem najstarsze miasto w Polsce) trudno uznać za udane. 
(Nie znaczy to oczywiście, że nie ma dobrych dłuższych sloganów. Takim jest chociażby hasło turystyczne Malborka <<Malbork – jeden dzień to za mało!>> podkreślające powody, dla którego warto na dłużej zatrzymać się w tej miejscowości).

Hasło promocyjne powinno odzwierciedlać to, czym dana jednostka jest (Sopot - Kurort pełen życia), lub to, z czym chciałaby być kojarzona (Lublin. Miasto inspiracji; Międzyzdroje miasto gwiazd!). Powinno także budzić pozytywne emocje u odbiorcy (Magiczny Kraków; Gdynia – Moje miasto!).
W celu zaś zapewnienia silniejszego efektu różnicującego może w nim „uchwycić” jakiś atrybut, który wyróżnia daną jednostkę i czyni ją jedyną w swoim rodzaju (coś na kształt tzw. unikatowego twierdzenia sprzedażowego). Przykładem takiego rozwiązania może być chociażby slogan Zakopanego (Zakopane - najbliżej Tatr), czy Karpacza (Karpacz - miasto pod Śnieżką).

Koszalin od 2009 roku pozycjonuje się hasłem Koszalin pełnia życia. Slogan ciekawy, ale nigdy nie poddany szczegółowej analizie czy weryfikacji. Stąd też w ankiecie przeprowadzonej przeze mnie na grupie stu studentów Politechniki Koszalińskiej znalazło się pytanie: Czy hasło Koszalin pełnia życia oddaje istotę / charakter miasta? Uznałem bowiem, że ciekawe będzie skonfrontowanie wypływającej z hasła wizji miasta z oceną dokonaną przez przedstawicieli jednej z ważniejszych dla jego funkcjonowania grup społecznych. Konfrontacji dokonanej po pięciu latach używania sloganu w działaniach promocyjnych Koszalina.

Osoby poddane ankietyzacji miały do wyboru pięć odpowiedzi: a. zgadzam się, b. raczej się zgadzam, c. nie potrafię powiedzieć, d. raczej się nie zgadzam, e. nie zgadzam się.
Spośród dziewięćdziesięciu dziewięciu osób, które udzieliły na to pytanie odpowiedzi pięć wybrało odpowiedź „a”. Dziewiętnaście opowiedziało się za odpowiedzią „b”. Dwadzieścia osiem osób zakreśliło odpowiedź „c”. Trzydzieści cztery osoby wybrały odpowiedź „d”, a trzynaście odpowiedź „e”. Przy czym dwie osoby z tych, które zakreśliły odpowiedź negatywną pozwoliły sobie na dodatkowy komentarz. Pierwsza napisała, że Koszalin nie kojarzy mi się z pełnia życia wręcz przeciwnie. Druga wzmocniła swój wybór słowem absolutnie ze znakiem wykrzyknika.

Ankieta przyniosła zatem dość niepokojące wyniki. Na kilka miesięcy przed końcem obowiązywania strategii promocji miasta Koszalina zaledwie pięć procent z setki przebadanych studentów zgodziło się z tym, że jej hasło oddaje istotę / charakter miasta. I nawet gdy do tej grupy dodamy tych, którzy raczej się zgodzili na jego adekwatność, to i tak liczba ta wciąż nie przekracza nawet dwudziestu pięciu procent.

O czym to może świadczyć? W moim przekonaniu jedynie o dwóch rzeczach, czy ewentualnościach. Pierwsza to nieumiejętne wprowadzanie samego hasła. Inaczej mówiąc błędy na etapie realizacji strategii. Druga to niezgodność hasła z rzeczywistością, lub zbyt duży rozdźwięk pomiędzy treścią, które slogan miał zakomunikować a rzeczywistością, do której się odnosił.

Gdybym miał z tych dwóch opcji wybrać bardziej prawdopodobną, czy zgodną z prawdą, to zdecydowanie bardziej skłaniałbym się do hipotezy o niezgodności pomiędzy treścią hasła a rzeczywistością, do której się odnosi. Aby jednak móc to z cała pewnością stwierdzić powinny zostać przeprowadzone znacznie bardziej rozbudowane badania.