wtorek, 24 stycznia 2017

Zwykła opowieść, wiele szumu

Przyglądając się facebookowym dyskusjom na temat tekstu Filipa Springera Koszalin nie do ogrania (http://wyborcza.pl/duzyformat/7,127290,21271858,koszalin-nie-do-ogrania-springer.html?disableRedirects=true), dostrzec można spore poruszenie.

Oto bowiem jakiś bezczelny dziennikarz ze stolicy (warszawski celebryta reportażu – jak nazwał go jeden z uczestników dyskusji), opowiada negatywną opowieść o mieście.

O tym, że dwoje ludzi, którzy postanowili dać Koszalinowi szansę i wrócić do niego po studiach sromotnie się zawiodło. Że odczuwają samotność (starzy znajomi wyjechali, nowych nie mają), czego symbolicznym wyrazem jest brak możliwości znalezienia szóstej, niezbędnej do rozegrania partii gry planszowej osoby. Że czują, iż to miasto nie jest dla nich. I że rozważają wyjazd: Na razie skłaniamy się ku temu, żeby stąd jednak wyjechać – mówi. – Takie nas wrażenie tutaj ogarnia, że Koszalin nie przewiduje naszego istnienia.

Dla niektórych wypowiadających się o tekście to opis nieprawdziwy, nie uwzględniający zmian, które w mieście zaszły (tych dobrych oczywiście). Tak jakby ten tekst miał w ogóle ambicje przedstawiania prawdy o mieście.

Dla innych, zwłaszcza tych będących w opozycji do obecnych władz Koszalina, to opis-diagnoza. Uchwycenie marazmu, który przeminie, gdy zmieni się… władza.

A przecież ten tekst to nic więcej jak zwykła opowieść o ludziach. Historia dwojga rozczarowanych osób, którzy swoim niezadowoleniem podzielili się z reportażystą. Ten zaś uznał tą historię za na tyle ciekawą, ze ją opisał. I tyle.

Oczywiście, gdyby takich opisów pojawiło się więcej, warto byłoby się zastanowić nad przyczyną tego faktu. Jakby nie patrzeć mówią one bowiem coś o rzeczywistości (medialnej lub realnej).

W tym jednak przypadku mamy do czynienia z jednostkową, ludzką historią. A to, że jej wyraz jest negatywny nie oznacza automatycznie, że winą za to należy obciążać miasto. Ostatecznie mamy tu do czynienia z relacją ludzie – miasto. Oczekiwanie, że relacja ta zawsze będzie pozytywna to zwykła utopia. I odmawianie ludziom prawa do własnej oceny rzeczywistości.


PS W dyskusji jedna z osób zasugerowała, że miasto powinno na ten tekst zareagować. Czy powinno, to trudno powiedzieć. Zawsze jednak prezydent Koszalina może zaproponować, że gotowy jest w  któryś wieczór stać się tym szóstym do planszówki. I wówczas, w mniej oficjalnej atmosferze, nieco lepiej poznać opinie o mieście rozczarowanej nim pary. Zawsze może być to ciekawe poznawczo. 

piątek, 6 stycznia 2017

Hasło AZS Koszalin

Hasło reklamowe pełni różne funkcje. Najczęściej ma zachęcać, skłaniać, motywować. Czasem ma wytyczać nowe horyzonty, inspirować. Może zaczepiać, nagabywać, zaciekawiać. Może też skutecznie… zniechęcać.

Oczywiści to ostatnie zjawisko jest niezamierzone. Wynika z wielu czynników: braku doświadczenia autora w tworzeniu tego typu struktur językowych, niedostatecznego wyczucia, czy nieprzeprowadzenia niezbędnych badań / testów, sprawdzających jak hasło będzie odbierane.

Skutkiem może być jego kontrproduktywność. (Chyba, że jest ono tak złe lub nietrafione, że staje się dodatkowo ofiarą przeróbek, czy złośliwych żartów. Tak jak było chociażby z hasłem TP S.A. To ludzka rzecz rozmawiać, przerabianym na To ludzka rzecz okradać).

Jednym z takich zniechęcających (a na pewno w niewielkim stopniu zachęcających) haseł promuje się koszaliński klub koszykówki męskiej. Brzmi ono Nie siedź w domu. Przyjdź na mecz.

Oznacza ono bowiem, że jeżeli już nie masz nic ciekawszego do roboty (siedzisz w domu i się nudzisz), to chociaż przyjdź i obejrzyj mecz. A chyba nie o to chodzi. Zwłaszcza w odniesieniu do sportowego widowiska, które – jak mniemam – ma ambicje konkurować z innymi, atrakcyjnymi propozycjami.

Może zatem warto byłoby pomyśleć o czymś bardziej zachęcającym, energetycznym. Czymś, co na przykład będzie obietnicą niezapomnianych przeżyć, czy emocji (oczywiście to tylko jeden w wielu możliwych kierunków, w który można zapuścić się w poszukiwaniu inspiracji copywriterskiej).

Można też z kiepskiego hasła zrezygnować. Nie jest ono przecież niezbędne. Dowodem na to fakt, że tylko niektóre kluby tego typu konstrukcję językową w działaniach promocyjnych wykorzystują. 

sobota, 17 grudnia 2016

Ad vocem

/ Do: Andrzej Mielcarek, red. naczelny miesięcznika „Prestiż”

Drogi Andrzeju,

podczas ostatniego Fuck Up Night Koszalin ubolewałeś nad kilkoma kwestiami.

Pierwszą z nich była coraz bardziej widoczna agonia prasy, zwłaszcza w jej odmianie codziennej. Jak pamiętam podałeś bodajże, że w ostatnim roku sprzedaż dzienników zmniejszyła się w skali kraju o ponad 18%. Według Ciebie jest to – jak zrozumiałem – groźny znak. Świadczy bowiem o tym, że ludzie coraz mniej czytają vide: coraz mniej rozumieją.

Jednocześnie dane o sprzedaży prasy codziennej w Polsce zestawiłeś z danymi z krajów skandynawskich i z Niemiec, gdzie proces odchodzenia od tego rodzaju medium (a przynajmniej jego zakupu) zachodzi znacznie wolniej niż u nas. Już ta różnica świadczy według Ciebie o czymś niepokojącym, skłaniającym do refleksji.

Drugą poruszoną przez Ciebie kwestią było podejście do tego typu prasy studentów Dziennikarstwa i komunikacji społecznej Politechniki Koszalińskiej, a dokładnie to, że jej wydań codziennych nie czytają, albo robią to bardzo rzadko. Dla Ciebie jest to rzecz nie do pojęcia. Ostatecznie przecież – jak wskazałeś – planują być dziennikarzami. 

Trzecią zasygnalizowaną przez Ciebie kwestią były ich kompetencje i umiejętności. Jak rozumiem zbyt niskie, czy też niedostosowane do rynku, na którym funkcjonujesz.

Ze względu na to, że na spotkaniu nie było dość czasu, aby spokojnie i wieloaspektowo do tego wszystkiego się odnieść, czynię to poniżej.

Upadek prasy
To co obecnie dzieje się ze sprzedażą prasy w żaden sposób nie świadczy o jakiejś postępującej degeneracji społeczeństwa, czy zaniku umiejętności czytania / rozumienia. Nie świadczy także o procesie zbiorowego idiocenia. Raczej jest to dowód na to, że w wyścigu mediów o uwagę wygrywają dzisiaj te z nich, które potrafią szybciej i w sposób bardziej atrakcyjny przesłać wiadomość. 

Prasa w tej rywalizacji nie ma szans, przede wszystkim ze względu na cykl wydawniczy. Dlatego jej właściciele ratują się coraz większą aktywnością w Internecie. I to nie tylko na redakcyjnych stronach www, gdzie zamieszczane są pogłębione analizy i elektroniczne wersje artykułów, ale także w mediach społecznościowych – na Facebooku czy na Twitterze. (Analogicznie zresztą postępują stacje radiowe i telewizyjne, wiedząc, że Internet i tzw. kontent na urządzenia mobilne stanowi przyszłość informacji. Podobnie jak nastawienie na dialog z słuchaczami, czy widzami).

Oczywiście widoczne przyśpieszenie procesu powstawania wiadomości może oznaczać (i często oznacza), że choć odbiorcy zapoznają się ze zdarzeniem (faktem), to nie będą go tak naprawdę rozumieć. Nie będą bowiem potrafili umieścić go w stosownym kontekście, takim, który nada mu właściwe znaczenie.

Niestety występowaniu tego typu zjawiska trudno będzie zaradzić. Zwłaszcza, że obecnie nawet poważne redakcje przedkładają często szybkość i komponent rozrywkowy nad informacyjny.  

Zestawienie
Zestawianie poziomu czytelnictwa w krajach protestanckich i katolickich najczęściej pokazuje przewagę tych pierwszych. Czynników tego faktu pewnie sporo, ale jednym z ważniejszych jest zapewne wielowiekowa tradycja osobistego kontaktu z Pismem Świętym wśród mieszkańców krajów protestanckich. Coś co sprawiło, że nawyk czytania jest tam wyżej waloryzowany i postrzegany jako inwestycja, a nie strata czasu.

Drugi czynnik stanowi dostęp do dobrze zaopatrzonych bibliotek, jak i powszechność tego typu placówek. Na tle krajów skandynawskich Polska wypada w tym aspekcie bardzo przeciętnie (http://orka.sejm.gov.pl/WydBAS.nsf/0/0291AD9C4904205EC1257D62004108A1/$file/Infos_177.pdf). Przekłada się to na niższy poziom czytelnictwa, także prasy.

Innym powodem różnic może być aspekt ekonomiczny. Nie twierdzę, że prasa jest bardzo droga, jednak codzienne kupowanie wydania np. dziennika lokalnego i ogólnokrajowego to koszt, który część osób zwyczajnie przerasta.

Doskonale widać to w czytelniach bibliotecznych, gdzie rano gromadzą się osoby, chcące zapoznać się z ogłoszeniami o pracę, czy po prostu oddać się rytuałowi, który przez lata był dla nich naturalny. W czasach, gdy na konto wpływała comiesięczna wypłata a nie emerytura.

Czytelnictwo przyszłych dziennikarzy
Andrzeju – zatrważający Cię poziom zainteresowania studentów zawartością dzienników łatwo moim zdaniem wyjaśnić. 
Po pierwsze niewielka część z osób, które spotkałeś planowała być… dziennikarzami (wiem bo przecież sam organizowałem to spotkanie). Większość z nich specjalizowała się w innych obszarach – reklamie i public relations. Z tego też powodu niekoniecznie musiała odczuwać silny wewnętrzny imperatyw częstego zaglądania do tego typu prasy.

Po drugie warto zauważyć, że studenci na PK kształcą się w obszarze dziennikarstwa radiowo-telewizyjnego. To może sprawiać, że te właśnie media traktują bardziej priorytetowo. Aby się o tym przekonać wystarczy rzucić okiem na liczbę osób z kierunku zaangażowanych przez lata w działalność Radia Jantar. Zdecydowanie przewyższa ona liczbę tych, którzy piszą, czy pisali artykuły do prasy.

Po trzecie dla niech i dla ich rówieśników naturalnym środowiskiem jest jednak... Internet. To o zamieszczonych w Internecie tekstach dyskutują, to je sobie przesyłają. O artykułach prasowych dyskutują na… zajęciach. 
Oczywiście można złorzeczyć i się na to zżymać. Pytanie tylko, czy ma to jakikolwiek sens? Zwłaszcza teraz, gdy ilość świetnych tekstów w wersji cyfrowej przewyższa czyjekolwiek możliwości percepcyjne. Przewyższa także to, co może nam oferować jakikolwiek, nawet najlepszy tytuł prasowy.

Kompetencje i umiejętności
Opowiadałeś na spotkaniu jak to po studiach polonistycznych zacząłeś uczyć w szkole i jednocześnie próbowałeś swoich sił w dziennikarstwie. I, że choć skończyłeś renomowaną uczelnię, wcale nie było to proste (wspomniałeś coś – jak pamiętam – o jakiś stu tekstach potrzebnych do tego, aby pojąć o co w tym zawodzie naprawdę chodzi).

W tym kontekście nie bardzo zatem rozumiem Twoją generalną krytykę umiejętności i kompetencji studentów Politechniki Koszalińskiej.

Po pierwsze Twój kontakt ze studentami był – ośmielę się twierdzić – mocno ograniczony. Ocenianie całości przez pryzmat jednostek, z którymi się zetknąłeś jest dość karkołomne i chyba pozbawione sensu. Pomijając fakt, że może być zwyczajnie krzywdzące.

Po drugie najstarsi z tych, których spotkałeś, nie byli nawet w połowie drogi do uzyskania tego, czym Ty mogłeś się szczycić rozpoczynając pracę w redakcji, czyli dyplomem ukończenia studiów magisterskich.

Aby zatem uczciwie ocenić ich umiejętności musiałbyś porównać ich z sobą sprzed jakiś 30 lat, gdy byłeś studentem drugiego, czy trzeciego roku. Inaczej porównanie nie ma sensu. Na dodatek musiałbyś znaleźć takie kryteria oceny, które uwzględniłyby zmiany społeczne i kulturowe ostatnich kilkudziesięciu lat. Takie, które sprawiły, że w świecie dzisiejszej młodzieży są ważniejsze postacie niż Orwell, Błuchakow, Böll czy Frisch.

I nawet jeżeli wówczas wypadliby gorzej, to nie oznaczałoby, że są źli, czy słabi. Ostatecznie przecież nie jesteś szeregowym dziennikarzem, tylko osobą, która przez lata kierowała różnego typu redakcjami. A do tego trzeba mieć pewne predyspozycje i określone talenty. Takie, które nie każdy dziennikarz posiada.

Po trzecie wreszcie nie każdy ze studentów dziennikarstwa odnajdzie się w tym zawodzie. Wręcz przeciwnie – będą to zapewne nieliczne jednostki. I wszyscy doskonale o tym wiedzą, oni zresztą także. Powodów tego faktu jest wiele. Wśród nich można wymienić chociażby brak pewnych umiejętności, czy predyspozycji, zbyt mało pokory, czy gotowości do ciężkiej pracy. 

Istnieją jednak też inne determinanty, być może nawet ważniejsze. Wśród nich chociażby umiarkowane perspektywy finansowe w tym zawodzie i coraz częstsza redukcja etatów w redakcjach. Rzeczy, która sprawiają, że osoby tu studiujące bardziej chcą nabyć pewne kompetencje cechujące dziennikarzy czy szerzej: specjalistów od komunikacji, aby później móc wykorzystać je w innych obszarach.

To chyba tyle. 
Pozdrawiam serdecznie

Piotr

piątek, 30 września 2016

Czarny Protest w Koszalinie

Wczoraj uczestniczyłem w koszalińskim Czarnym Proteście. Społecznym wystąpieniu przeciwko próbie wprowadzenia barbarzyńskiego, chorego prawa, odbierającego kobietom prawo do decydowaniu o sobie i swoim ciele.

Rozwiązaniu, które oznacza wiele niepotrzebnych cierpień i… niewiele więcej. Szansa przecież, że ustawa zmniejszy liczbę aborcji jest złudna. Zwłaszcza przy otwartych granicach i rozwiniętym podziemiu aborcyjnym. (Obecnie pomimo radykalnego prawa dokonuje się w Polsce ponad 100 tysięcy aborcji rocznie - dane za: http://www.federa.org.pl/dokumenty_pdf/raporty/raport_federacja_2013.pdf).

W wydarzeniu wzięło udział około 200-250 osób. Były wśród nich kobiety, byli i mężczyźni. Obok siebie stały nastolatki i osoby starsze. W tłumie widać było także wiele małżeństw. Niektóre z par przyszły z dziećmi.

Na protest trafili też przedstawiciele koszalińskiej prawicy, którzy popisywali się przed sobą zgrywając macho (ciekawie było posłuchać ich komentarzy i rechotu słyszanego na udostępnionym pod tym linkiem nagraniu: https://www.youtube.com/watch?v=af-E9yrB-Bs&feature=youtu.be).
Jeden z nich robił nawet zdjęcia zgromadzonym, jak rozumiem do katalogu koszalińskich lewaków.

Protest zorganizowała Razem Koszalin, we współpracy z Inicjatywą Polska Koszalin i Regionalnym Kongresem Kobiet w Koszalinie. Wydarzeniu przewodził Jacek Wezgraj, który widać świetnie czuje się kierując tłumem. I – co warto podkreślić – robi to bardzo dobrze.

Najsłabszą stroną protestu było nagłośnienie. Osoby stające nawet kilka metrów od przemawiających niewiele słyszały.

Niepotrzebnie też organizatorzy zdecydowali się na odczytywanie pełnej tzw. listy hańby, czyli nazwisk wszystkich parlamentarzystów, którzy zagłosowali przeciwko odrzuceniu projektu Komitetu Obywatelskiego „Stop Aborcji” (projekt zaostrza i tak radykalne obecne rozwiązania). Wystarczyło przeczytać nazwiska tylko tych, na których koszalinianie w ostatnich wyborach głosowali. I na których – być może – już nie powinni.

Nie jestem również przekonany, czy przy tego typu wydarzeniach warto jednocześnie próbować „ugrywać” punkty w partyjnych sporach. Rozumiem jednak, że na to wszystko nakładają się nie tylko interesy ideologiczne, ale także polityczne.

Na koniec pozwolę sobie odnieść się do zagadnienia, które stało się inspiracją wydarzenia, czyli samej aborcji. Moje zdanie na temat przerywania ciąży jest następujące:
- aborcja nie jest dobrym rozwiązaniem, czasem jednak nie ma lepszego lub żadne lepsze nie wchodzi w grę,
- liczbie aborcji zapobiega edukacja seksualna, oparta na wiedzy płynącej z ustaleń naukowych a nie ideologicznych,
- dostęp do skutecznej, darmowej antykoncepcji jest najlepszym sposobem na zmniejszenie liczby aborcji,
- radykalne prawo niczego w materii aborcji nie zmieni, poza rozbudowaniem podziemia aborcyjnego i częstszych wyjazdów Polek za granicę południową, czy zachodnią,
- osoba zgwałcona powinna mieć bezwzględne prawo do usunięcia ciąży, oczywiście może też zdecydować o urodzeniu dziecka,
- kobieta, której zdrowiu ciąża poważnie zagraża powinna mieć prawo zadecydowania, czy chce ryzyko uszczerbku na zdrowiu ponieść, czy też nie,
- w przypadku wykrycia nieodwracalnych uszkodzeń płodu decyzję o jego usunięciu lub urodzeniu powinna podejmować kobieta, państwo nie powinno mieć prawa jej w tym przeszkadzać,
- prawo do aborcji powinno zostać w gestii kobiet, one bowiem ponoszą największe koszty związane z ciążą i wychowaniem dzieci.


czwartek, 22 września 2016

Hołd dla ofiary

Przeczytałem dzisiaj fejsbukowy wpis Tomasza Terlikowskiego (https://www.facebook.com/tomasz.terlikowski?fref=ts), będący hołdem dla dwunastolatki, która dwa dni temu urodziła dziecko w kieleckim szpitalu. Dziecko zostało poczęte w wyniku czynu zabronionego (obcowanie płciowe z małoletnią), za które jego ojcu, 29 letniemu mężczyźnie grozi kara od 2 do 12 lat więzienia.

Katolicki publicysta napisał: /…/ hołd dla dziewczynki. Niewiele o niej wiadomo, poza tym, że była pod opieką placówki wychowawczej. I właśnie ona pokazała, jak powinna zachować się każda kobieta. Ta nieletnia dziewczynka, z kłopotami, pokazała, że zawsze jest wyjście inne niż zabicie dziecka. Szacun dla niej!

Pytanie tylko, czy ten hołd jest zasadny. Autor we wpisie zakłada przecież, że dziewczynka miała wolność podejmowania decyzji o tym, czy chce dziecko urodzić, czy też nie. Nie wiemy jednak, czy tak było.

Lekarze ze szpitala wypowiadający się o porodzie podkreślali, że z uwagi na swój wiek, dziewczynka nie do końca rozumiała, co się z nią dzieje (http://wiadomosci.wp.pl/kat,1329,title,12-latka-urodzila-dziecko-Personel-szpitala-byl-w-szoku,wid,18511114,wiadomosc.html?ticaid=117c6a&_ticrsn=3). Jeden z nich winę za sytuację złożył na karb fatalnego stanu edukacji seksualnej w Polsce.

Można zatem przypuszczać, że dziewczynka dowiedziała się o tym, że zostanie matką w zaawansowanej ciąży (do szpitala trafiła w lipcu, wówczas też została powiadomiona prokuratura: http://www.tvn24.pl/krakow,50/kielce-12-latka-urodzila-dziecko-29-latkiem-zajmuje-sie-prokuratura,677680.html). W momencie, gdy usunięcie dziecka nie wchodziło zapewne w grę.
Na dodatek będąc pod opieką placówki wychowawczej raczej nie miała ona większego wpływu na rozwój wypadków. Zapewne wykonywała jedynie polecenia innych.

Pisanie zatem o szacunku dla niej, gdyż właśnie ona pokazała, jak powinna zachować się każda kobieta jest zdecydowanie nadużyciem. Do końca była bowiem prawdopodobnie jedynie bezwolną ofiarą.


środa, 21 września 2016

Apel smoleński, czyli niszczenie pamięci

Antoni Macierewicz, szef MON, żyje obsesjami. Najważniejszą z nich wydaje się być ta dotycząca zdarzeń w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Według ministra w rządzie Beaty Szydło doszło tam do zamachu, za którym – jak rozumiem – stał Putin, ewentualnie Tusk i Putin.

Niestety choć od tylu lat bada tą sprawę, powołując kolejny zespół, wciąż nie jest w stanie przedstawić twardych dowodów na poparcie tezy o zamachu. Co więcej – jak słusznie zauważył Paweł Lisicki – nawet nie potrafi definitywnie rozstrzygnąć, do czego tak naprawdę tam doszło (http://opinie.wp.pl/nowe-dowody-ws-smolenska-pawel-lisicki-skazano-nas-na-spekulacje-6034039373706369a). Wie jednak, że zamach był.

Konsekwencją przyjęcia takiego obrazu rzeczywistości jest zaklasyfikowanie przez niego tragicznie zmarłych w katastrofie do grona poległych. Osób, które – jak mówi słownikowa definicja – straciły życie w walce (http://sjp.pl/poleg%C5%82y). To zaś oznacza, że należy im się cześć i chwała bohaterom, wyrażana w postaci apelu pamięci.

Obecnie apelem tym minister szantażuje tych wszystkich, którzy podczas różnego rodzaju uroczystości chcieliby skorzystać z asysty wojskowej. Bez zagwarantowania jego odczytania nie ma bowiem szans na wojskową oprawę. Przekonali się o tym między innymi poznaniacy podczas obchodów Czerwca ’56 i warszawiacy podczas obchodów 72 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Po nich zaś wielu innych.

Takie wymuszanie odczytania apelu prowadzi do niepotrzebnych scysji i sporów. Takich, które nie służą godnemu uczczenia tych, którym cześć się należy. Nie służą one także pamięci tych, którzy zginęli w Smoleńsku. Są oni bowiem przez wielu traktowani jak intruzi. Osoby, które uniemożliwiają godne oddanie hołdu przynależnego bohaterom. 


wtorek, 9 sierpnia 2016

Doping w sporcie. Radykalne rozwiązanie

Świat sportu od lat zmaga się z dopingiem. Niestety wciąż bez powodzenia. Potwierdzają to afery z dopingiem w Rosji (http://wyborcza.pl/1,75968,20080483,soczi-specoperacja-putina-afera-dopingowa-w-rosji.html), i w Kenii (http://www.sport.pl/rio2016/1,130063,20512976,igrzyska-olimpijskie-rio-2016-doping-w-kenii-uprzejmie-donosze.html). Potwierdzają to wpadki pojedynczych sportowców, w tym także niestety Polaków (http://sportowefakty.wp.pl/rio-2016/621110/zielinski-nie-jest-jedyny-krzysztof-szramiak-tez-wpadl-na-dopingu).

Rozwiązanie moim zdaniem jest jedno. Mianowicie sportowiec przyłapany na stosowaniu dopingu powinien być bezwarunkowo dożywotnio zdyskwalifikowany. Oczywiście po uczciwym procesie.
Obecne rozwiązanie, pozwalające wrócić dopingowiczowi na arenę po pewnym, krótszym lub dłuższym czasie, ewidentnie nie zdaje egzaminu. Nierzadko bowiem dochodzi do recydywy (skoro ktoś raz oszukiwał, dlaczego ma nie spróbować jeszcze raz). Ci zaś, którzy dotychczas nie zostali złapani, lub nie korzystali z zakazanego farmakologicznego wsparcia, mogą mieć mniejsze opory przed naruszaniem obowiązujących zasad. Mają przecież świadomość, że zawsze będzie szansa na wznowienie kariery po niezbyt długim okresie pauzowania. Takim, który nie przekreśla ich szansy na sukces / medale.

Rozpatrując kwestię wprowadzenia dożywotniego zakazu warto mieć na uwadze także fakt, że pobłażliwy sposób traktowania przyłapanych na dopingu działa negatywnie na tych, którzy rywalizują w uczciwy sposób. Muszą zmagać się oni z – nazwijmy rzecz po imieniu – oszustami. Osobami, które wiedzione chorą ambicją (swoją i / lub decydentów i trenerów z krajów, które reprezentują) decydowały się postępować nieuczciwie. Rodzi to konflikty i niesnaski, burzące atmosferę na sportowych arenach (zob. http://www.sport.pl/rio2016/1,130063,20521355,rio-2016-zimna-wojna-na-olimpijskiej-plywalni-oskarzenia.html#MTstream). Eliminacja przyłapanych na dopingu zapobiegnie tego typu sytuacjom.

Sportowiec przyłapany na dopingu powinien również zwrócić pieniądze, które państwo w niego zainwestowało, chociażby w postaci stypendium. Nie ukrywajmy - są to często znaczne kwoty, które w ten sposób zostały zmarnotrawione.
Zwrotu kosztów powinni oczekiwać także sponsorzy. I tego typu klauzula powinna być obligatoryjnie zapisana w każdym kontrakcie sponsorskim.

Być może powinno się też przemyśleć kwestię karania dopingowiczów sądownie, w tym także karą więzienia. Skoro przecież za kratki trafiają inni oszuści, czemu miałoby to omijać sportowców? Ostatecznie dorabiają się oni majątków na swojej nieuczciwości, pozbawiając jednocześnie szans na zarobek tych, którzy rywalizują uczciwe.

Oczywiście nawet tak radykalne rozwiązania jak te zaprezentowane powyżej nie wyrugują wszystkich nieuczciwych osób ze sportu. Nie ma co do tego złudzeń. Zawsze znajdą się przecież tacy, którzy postanowią zagrać va banque. Będzie ich jednak znacznie mniej niż obecnie. A to już sukces.